Biegać każdy może - Shock Absorber
Lekcje WF-u były zawsze moją największą szkolną traumą. 3 godziny tygodniowo, 10 minut przerwy na przebranie, brak prysznica i do tego trzeba było jeszcze nosić ze sobą po całej szkole tobołek z adidasami i strojem sportowym, - w którym oczywiście wyglądało się arcygłupio. Od ósmej, mniej więcej, klasy dochodził problem skaczącego biustu - ku uciesze chłopców, którzy ćwiczyli na drugiej połówce sali gimnastycznej.
Podejrzewam, że podobne uczucia do WF-u żywi całkiem sporo kobiet. Wszak mimo całej szkolnej WF-owej indoktrynacji mało Polaków w dorosłym życiu uprawia regularnie jakąkolwiek aktywność sportową. Uprawiałyście kiedyś jogging? Parkowych biegaczy w Polsce jest tak mało, że po dwóch-trzech joggingach poznacie wszystkich w swojej dzielnicy! Zwłaszcza, że joggerzy pozdrawiają się sympatycznym "Cześć!", jak na górskim szlaku:) Swoją drogą, ciekawi mnie: czy w Waszych miastach też jest taki zwyczaj?
Skracając ten przydługi wstęp: jestem standardowym leniem i nie cierpię sportu. Najlepiej czuję się przed monitorem:) Ale, uwaga, uwaga: zaczęłam biegać i namawiam Was do tego samego. Po tygodniu widać rezultaty! Inaczej układa się tłuszcz na bioderkach, fałdki wydają się być bardziej zbite, przyjemniej się oddycha, szczególnie palaczkom (coś o tym wiem)!
Jak nie zniechęcić się do biegania?
- nie forsujcie się. Bieganie ma sprawiać przyjemność i gwarantuję, że będzie, jeżeli tylko nie będziecie sobie stawiać nierealnych w stosunku do kondycji wymagań. Jeśli jesteście tak samo zaśniedziałe, jak ja:) - zacznijcie od zrobienia 5 serii: 2 minuty biegu + 3 minuty marszu. To tyko 25 minut! Powtarzajcie codziennie, do momentu, aż przestanie to Was jakkolwiek męczyć. Następnie zwiększcie wysiłek do 5 serii po 3 minuty biegu + 3 minuty marszu. Gdy i to przestanie być dla Was widocznym wysiłkiem, ziększajcie czas biegu, np. 4 minuty biegu + 2 minuty marszu. Lepiej pobiegać 10 minut dziennie niż sforsować się i nie biegać w ogóle, prawda?
- można biegać o każdej porze roku. Jedyne, co przeszkadza, to śnieg, deszcz i lód. Gdy jest zimno, nałóżcie na głowę bandanę lub bawełnianą czapkę, a na szyję jakiś lekki szalik lub chustkę.
- w miarę możliwości, biegajcie z fajnym partnerem do rozmów. W trakcie marszu dobrze móc sobie pogadać, zamiast maszerować w milczeniu. Ja biegam z małżonkiem i mówię Wam, czas marszu można świetnie spożytkować na wyjaśnienie sobie wszelkich małżeńskich niesnasek:)
Teraz kwestia najważniejsza, czyli...
Jaki stanik wybrać do biegania?
Początkowo biegałam w zwykłym Tango II, ale fiszbiny niewygodnie uwierały mnie w spocone ciało. Postanowiłam więc zainwestować w Shock Absorber, a dokładnie model Max Sports Bra. W Bravissimo dostępna jest również wersja malinowa.

Mierzyłam także inne staniki sportowe dostępne na biuściastym rynku i moim zdaniem żaden, łącznie z ostatnio promowaną Freyą Active, nie dawał takiego świetnego podtrzymania, jak Shock Absorber. 
Noszę rozmiar 65HH, więc nie miałam dużego wyboru. Ale uwaga: jeśli będziecie kupować Max Sports, nie zaniżajcie obwodu, ten model (a przynajmniej w kolorze czarnym) ma naprawdę ciasny obwód! Sugerując się doświadczeniami innych biuściastych, wzięłam luźniejszy pod biustem rozmiar 70GG i co? Do czwartego prania nosiłam go z przedłużką przy dolnym zapięciu! Patent możecie zresztą zobaczyć na zdjęciu od tyłu.
Rzecz jasna, stanik ten spłaszcza biust niemiłosiernie i działa, jak najlepszy minimajzer ever. Mieszczę się w nim w bluzki w rozmiarze 38:) Ściska biust, tworząc klasyczny monolit, ale jeśli chcemy utrzymać biust w ryzach, to chyba jedyne wyjście. Wada: piersi nie są rozdzielone i stykają się, przez co musimy się przygotować na spocony dekolt po treningu. Pewnie dla bardziej aktywnych sportsmenek to może być duża wada, ale przy moim stylu biegania nie jest to problem.
Stanik jest definitywnie wygodny: nie uwiera, nie ciśnie (o ile dobrze dobierzemy rozmiar), nie przesuwa się w trakcie wysiłku. Tkanina jest miła w dotyku, a ramiączka podbite miękką wyściółką. Ogólnie: gorąco polecam! Nie tylko sam stanik, ale przede wszystkim jogging! Każdego lenia z patentem stać pół godziny ruchu na świeżym powietrzu dziennie!


Komentarze: 129 / Dodaj komentarz »
Mauzonko, a w jakich butach biegasz? W specjalnych do joggingu ?
Zachęciłaś mnie ;]
Zawsze nienawidzilam wf-u, bo kazdy nauczyciel musial akurat na mnie zwrocic uwage jak kiepsko wykonuje wszystkie cwiczenia, potrafili sie nawet przyczepic ze w koszykowce lokcie mialam pod katem 85, a nie 90 stopni. Ciekawe ze nigdy nie widzialam roznicy miedzy tym jak ja wykonuje cwiczenia a moi rowiesnicy, ktorzy mogli sie obijac kiedy ja musialam wykonac dokladnie 15 sklonow czy czegos innego, bo wf-sci i wf-stki dokladnie liczyli ile zrobilam. Do tej pory nie wiem co im sie we mnie nie podobalo? Brr, wf to najgorsza rzecz w szkole. Skaczacy biust w bieganiu z racji rozmiarow odczuwam tylko przed okresem. Ale jak stane przed lustrem w samym staniku i wykonam kilka podskokow to wtedy dokladnie widac jak biust nie ma dobrego podtrzymania do sportow. Az mnie to zaskoczylo, co dopiero jakbym miala wikeszy biust:)
*wiekszy
Mauzonko - swietna, ciekawa notka. Takie lubie czytac na Balkonetce. Wcale nie chcialabym, zeby Balkonetka naprawde byla biusciastym Pudelkiem.
Leiree, biegam w tzw. adidasach, najtańszych sensownych ze sklepu sportowego, marka bodajże Asics. Są wygodne, aczkolwiek urodą nie grzeszą:) Kosztowały coś ok. 150zł.
Maskaradka, czyli nie jestem sama:) Jak w VI klasie nie umiałam robić dwutaktu, to moja wf-istka powiedziała z oburzeniem: no nie wiem, jakim ty cudem zdałaś do szóstej klasy!?!
Polka, dzięki:) Obiecuję, że będę częściej skrobać notki na Balko;)
Co do biegania z małżonkiem to niestety u mnie nie przejdzie. Po pierwszym razie, kiedy to ja mało ducha nie wyzionęłam, natomiast małżonek wyglądał jakby był na spacerku po deptaku, mimo wszystko miałam ochotę na drugi raz. I usłyszałam: YYyyy, jak mamy razem biegać, to ja się nawet nie przebieram.
Dałam sobie w ogóle spokój z bieganiem. Samej mi się nie chce/boję się.
Wolę na fitness chodzić.
A małżonek biega z psem. I na psa też musi czekać ;)))
Shock ABsorber już mam, teraz tylko czekam na przypływ chęci do biegania ;) Na razie przymierzam stanik, robię podskoki i cieszę się, że mi biust nie skacze 8D Jakbym miała taki stanik za czasów szkolnych, to na pewno polubiłabym wf...
mauzonko muszę przyznać, że masz niezły dar przekonywania - aż mi się biegać zachciało! Mówię to ja - totalny antybigacz :) Jako, ze mieszkam poza miastem, to od domu do drogi mam jakieś 400-500 metrów - może zacznę od tego - w tą i spowrotem - to już zawsze coś ;)
Potwierdzam, notka znakomita :). Ja, która NIENAWIDZĘ biegać, pomyślałam, że może warto spróbować... ruszyć się... :D To naprawdę może być przyjemne :), i oponki byłyby mi wdzięczne ;P
fajny artykuł, ja w kwestii biegania kilka razy sobie obiecywałam, że będę ale... no chyba to nie dla mnie, za to łażę na osiedlową siatkę 2 razy w tyg;) a co do wf to wszystko kurde zależy od nauczyciela, w podstawówce w miarę było.. oczywiście pomijając komentarze wf-istki że biegam jak paralityk;/ w liceum uwielbiałam grac w siatkę i moim zaangażowaniem nadrabiałam braki techniczne;/ (no i zabójczym serwisem;) no a na studiach pierwszy raz zamarzyłam coby załatwić sobie lewe zwolnienie lekarskie, bo moje paniusie wuefistki uznawały tylko aerobik, a ja i aerobik to porażka no za skarby świata nie umiem powtarzać co ktoś robi;) pani lewa noga do góry a ja prawa;)), musiałam walczyć o możliwość grania w siatkę, co do której pani twierdziła że się obijamy... tiaa obijamy - siatka była z facetami więc ja się nie obijałam ;)tylko wyobrażałam sobie jej łeb na piłce;PPP i sie wyżywałam;) ale nic to paniusia wiedziała lepiej;)))
na stronie bieganie.pl jest fajny plan treningowy dla baardzo początkujących, zaczyna się od 0:30 min bieg + 4:30 min marsz x 6 cztery razy w tygodniu, co tydzień zwiększa się o jedną albo pół min.
wyczytałam tam też, że lepiej biegać w syntetycznych ciuchach (np. polar) niż w bawełnianych jak jest zimno, może dlatego że bawełna za mocno przepuszcza powietrze i można łatwo się przeziębić?
i zdecydowanie przydałby się jakiś SA do biegania, nawet przy moim małym biuście źle mi się biega w zwykłym staniku.
Bawełna własnie nie przepuszcza powietrza, więc pot zostaje na ciele i dlatego łatwo się zaziębić :)
To nie o przepuszczanie powietrza chodzi, tylko o wchłanianie potu. Bawełna naciąga się szybko wilgocią, bardzo długo schnie i moczymy się wtedy we własnym sosie. Taki chłodny kompres nie jest najlepszy szczególnie przy chłodnych temperaturach. Mięśnie też nie lubią tego wilgotnego okładu. Tworzywa sztuczne szybciutko wysychają, a te specjalne, "sportowe", to nawet mają umiejętność przenoszenia wilgoci na zewnątrz, gdzie może szybciutko wyparować. Do intensywnych sportów dobrze mieć przynajmniej pierwszą warstwę na ciele z czegoś takiego.
Jest jeszcze stronka nike+ czyli nike challange. Trzeba się zarejestrować. Biega się z taka opaską, która notuje km i czas. Na swoim profilu można obserwować wyniki, organizować zawody z przyjaciółmi. Moim zdaniem, to bardzo motywujące i sama idea bardzo mi się podoba. Prawie jak portal społecznościowy ;)
Moja wychowawczyni z liceum, babka 50lat uczyła nas w-fu:)Choć nie przepadałyśmy za nią, nauczyła mnie dwutaktu:)
przy niej widziałam różnice gdy ktoś robił źle ćwiczenie, bo to tłumaczyła, zrozumiałam jak dobrze pracują np. m.brzucha czy 4głowy. Ćwiczyłysmy nie dla ocen bardziej dla siebie, miałysmy 22 chłopaków i 9 dziewczyn:D a jakoś nie czułysmy sie mocno skrępowane.
Gorzej w podstawówce, bo zawsze ćwiczyło się łącznie a ja miałam problem skaczącego biustu:/ Dzięki temu nie biegałam i nie biegam dobrze, ale siatkówka, spacer, aerobic jak najbardziej:)
To bardzo dobry artykuł - trzeba podkreślać że ruch jest konieczny dla zdrowia i dobrego rozwoju, jestem zdania że nastolatki powinny ćwiczyć, bo to często jedyny czas kiedy się gimnastykują.A często zwolnienie wszystko załatwia... Nie wspominając o dorosłych:)
Zgadzam się z kasiulkasp.
A jeśli chodzi o biustonosze sportowe, to właśnie z tej okazji pierwszy raz pomyślałam, że "coś tu jest nie tak" bo w Polsce biustonosz sportowy = bawełniana szmatka, zero podtrzymania. W gazetach sportowych meza widziałam zagraniczne staniki sportowe mocno podtrzymujące, a że jeżdżę konno to mój biust przy tym mocno podskakiwał. Przy pierwszej wizycie w UK kupiłam shock absorber i byłam w szoku, że podczas uprawiania sportu można czuc taki komfort. Dopiero po jakimś czasie odkryłam, że codzienne staniki też mogą byc wygodne i dobrze podtrzymywac biust...
Kiedyś NIENAWIDZIŁAM biegania. Całe życie uprawiałam jakiś sport (przez wiele lat były to sztuki walki), ale bieganie traktowałam jako zło konieczne. Aż mnie coś tknęło i zaczęłam to robić nie z przymusu, ale dla siebie. Początkowo z rozsądku, bo to najtańsza, najprostsza forma ruchu. Teraz uważam, że to lepsze niż seks, albo przynajmniej tak samo dobre ;).
Też mam jakiegoś SA (wygląda tak jak ten na zdjęciu, ale jest cały biały). Zaczynałam w takiej sportowej koszulce wciąganej przez głowę :). Jeśli chodzi o buty to mam najtańsze z Decathlona, gdy się zużyją można bez żalu wymienić na nowe. Lubię bawełniane podkoszulki, tylko spodnie muszę sobie sprawić lepsze bo dres mnie obciera a bawełniane czy wiskozowe leginsy szybko się wycierają w kroku. Bieganie naprawdę można pokochać, tylko trzeba pamiętać o prostych zasadach:
1) Formę się zdobywa nie podczas treningu, ale podczas regeneracji. Dlatego na początku 3x w tygodniu wystarczą, chyba, że są to naprawdę mało forsowne marszo-truchty. Generalnie lepiej się nie dotrenować niż przetrenować.
2) tempo na początku musi być naprawdę WOLNE. Jak poznać, że dobrze to robimy? Jeśli możemy biegnąc prowadzić rozmowę. Jeśli nie możemy to lepiej przejść do marszu i wyregulować oddech. Na ćwiczenie szybkości przyjdzie czas.
Efekty i tak przyjdą i to szybciej, niż się wydaje.
Przepraszam, że się tak rozpisałam, ale trafiliście w mój czuły punkt :). Żeby nie było że się wymądrzam - mam za sobą dłuuugą przerwę w bieganiu i teraz też będę powoli wracać do formy.
I ten zwyczaj pozdrawiania mijających biegaczy - bardzo mi się to podoba i od razu skojarzyło mi się z atmosferą na górskich szlakach.
A z WF-u i tak zawsze miałam dwóje :).
Nie będę wyjątkiem że nie lubię biegać. Zawsze miałam marne czasy na w-fie i zawsze się z tym źle czułam:(
Zazwyczaj jak miałyśmy biegać mówiłam że mam okres, boli mnie brzuch i nie będę (zwłaszcza przy długich dystansach - przy krótkich na czas biegałam)
Za to od czasu do czasu (chciałabym częściej ale lenistwo zwycięża) ćwiczę w domu z różnych płyt różne zestawy ćwiczeń i taki biustonosz by mi się przydał.
Miałam okazję oglądać na żywo Shock Absorbera i naprawdę bardzo miły w dotyku, myślę, że dobrze by mi się nosił. :)
A ja nie o wfie, tylko o stanikach (nigdy nie lubiłam wuefu, bo nie znoszę gier zespołowych, a zwłaszcza siatkówki, za to lubię taniec, jogę i takie tam różne gimnastyczne wygibasy) ;-) Mam dwa SA Max Sporty lvl 4, różowo-szary 30F i miętowo-szary 30E (oba w mojej galerii, zdaje się). Różowy jest luźniejszy niż miętowy (ponoć również niż czarny) - ale i ta nosze na dole na najluźniejszą haftkę, miętowy to po prostu mega dusiciel. U góry noszę na najciaśniejsza haftkę i mam wrażenie, że wygląda to u mnie zupełnie inaczej z tyłu niż na powyższym zdjęciu - generalnie stanik kończy się u mnie dużo bliżej karku i zakrywa całą górną połowę pleców ;-) Tym samym, maksymalnie ściągnięte ramiączka to i tak za mało. Już od roku mam je skrócić, ale ciągle się boję, że zepsuję, w końcu to nie taki zwykły stanik :> Ale jednak powinnam się za to zabrać, bo trochę tracę na podtrzymaniu, a przy moim niedużo-średnim biuście jest spora szansa, że byłby to całowity unieruchamiacz.
Ogólnie rzecz biorąc nie wiem, jak kiedykolwiek mogłam ćwiczyć bez niego :-) Dla mnie to absolutny must have.
Bardzo inspirująca notka. Aż nabrałam ochoty na systematyczne testowanie swojego najnowszego Royce Impact Free :) Z SA też mam jak dotąd jak najlepsze doświadczenia, choć używany był dotąd bardziej do skakania niż biegania. Trzeba będzie porównać.
Co do WFu, to nie lubiłam biegania długich dystansów i udawało sie najczęściej tego uniknąć. Ale krótkie uwielbiałam.
CO do staników- ja mam sportowy Panache modelu nie pamiętam, ma fiszbiny, mega ścisły i spłaszcza biust, ale trzyma niesamowicie. Na jazzie fruwałam po sali, skoki obroty etc - ani drgnie.
A do biegania to chyba nigdy się nie przekonam, bo nie lubię i już:(
W-F a stanik ;) w 4 klasie podstawówki zaczęłam nosić stanik - bezfiszbinowiec po sąsiadce :/ na wuefie się rozpinał podczas ćwiczeń i musiałam wychodzić, aby go zapiąć :( czy przyczyną mógł być za luźny obwód?
fajnie Mauzonko, że napisałaś o tym jak zaczynać w ogóle z bieganiem! Ja biegałam z koleżankami o lepszej kondycji (a nawet te z kiepską kondycją były szczuplejsze i jakoś im lepiej szło :/) i to polegało na tym, że oczywiście bieg bez przerwy i ja z tyłu, bo oczywiście nikt nie będzie zwalniał tempa :( bardzo łatwo się zniechęcić. bieganie po tartanie było lepsze bo wtedy nie zwracałam uwagi, że jestem wyprzedzana, no i nie było obcych ludzi w pobliżu ;) ogólnie jednak bieganie mnie męczyło, a potem zamknięto stadion dla gawiedzi i do biegania nie wróciłam.
Na wiosnę najlepiej byłoby znaleźć koleżankę o słabej kondycji i zacząć wg podanych wskazówek ;) i jeszcze stanik :P
Świetna notka mauzonko. Ja kiedyś nie lubiłam biegać, uważałam, że to nudne i męczące. A w tym roku przeprowadziłam się do mieszkania blisko lasów i zaczęliśmy bieganie ze współlokatorami. W końcu zostałam tylko ja sama:0 Przyznam, że mnie wciągnęło i byłam w szoku, jak szybko mi się poprawia kondycja. Teraz biegam bardzo nieregularnie, ale zamierzam to zmienić. Kilka miesięcy biegałam we Fieście, teraz mam shock absorbera i rzeczywiście jest dużo lepiej. Szczerze mówiąc to wolę biegać sama-mogę dyktować sobie własne tempo, wybierać trasę i biec tak długo, jak sama chcę. Mp3 na uszy i już:)
U mnie w Poznaniu też pozdrawiamy:)
mnie na wf bardziej niż bieganie denerwowała siatkówka. ciągle, bez przerwy, do znudzenia siatkówka, aż wymiotować mi się chciało na samą myśl o wf. nigdy nie byłam dobra w siatkówkę i szanse na to, że będę, wynoszą ok. 0%. uwielbiam ten sport oglądać, a grać - never.
a w bieganiu byłam beznadziejna na krótkie dystanse i wydawało mi się, że jestem totalną kaleką, dopóki nie zaczęliśmy biegać na długi dystans. fajne jest to uczucie być jednym z najlepszych w klasie :P
w ogóle wf u mnie w szkole to był jakiś żart niemiły :/ miałam słabe oceny (co mnie wkurzało, bo mogłam mi głupi wf obniżał średnią :P) i wfistka mnie nie lubiła, bo ja ostentacyjnie wręcz pokazywałam moją niechęć do siatkówki. polubiła mnie nagle, jak kazała mi zrobić rozgrzewkę i nagle się okazało, że moje koleżanki "super-siatkarki" nie są w stanie zrobić 30 brzuszków, 20 przysiadów, 10 pompek, ogólnie kilku prostych rzeczy, które po biwakach harcerskich dla mnie nie były nawet męczące... dostałam wtedy 6 i wfistka bardzo mnie polubiła, bo okazało się, że w czymś naprawdę jestem dobra (pochwaliła mnie, że wymagająca i bardzo przemyślana rozgrzewka - a to była tylko harcerska zaprawa połączona z rozgrzewką ze ścianki wspinaczkowej :P). ach, te wspomnienia... teraz na studiach chodzę na łyżwy :P
a staników sportowych nie noszę, bo do podtrzymania i unieruchomienia moich maleństw wystarczy po prostu stanik w dobrym rozmiarze (spokojnie mogę biegać w Fifi czy Effuniaku). ale bez jakiegokolwiek stanika czy w źle dobranych to mało przyjemne uczucie...
Zmobilizowałam się jakoś wczesnym latem, zaczęłam biegać na śmieszne dystanse. Dyszałam jak parowóz, ale endorfiny mi się wydzielały jak dzikie. Tylko że po tygodniu tych krótkich biegów i odstawienia jedzenia po 18.00 zeszło mi centymetr z biustu - wpadłam w panikę i zarzuciłam jedno i drugie.
@ Missalchemist, ja też nie znosiłam siatkówki... i mimo że u mnie w domu zwraca się uwagę na sport, zawsze byłam silna, jeździłam na wakacjach na 60 km wycieczki rowerowe i regularnie z rodzicami na basen lub rower w ciągu roku, to na wf miałam trójczyny... po prostu "edukacja" w zakresie sportu jest beznadziejna...
A co do stanika sportowego, mój rozmiar nie jest może imponujący, ale w zwykłym staniku bym nie uprawiała sportu, żeby go nie zniszczyć. Pot, rozciąganie przez intensywny ruch ciała, intensywne pranie (ja wrzucam stanik sportowy do pralki razem z ciuchami) - to nie jest dobre dla koronek ^^
@Martva: rozumiem Twój ból, jak zaczęłam jeździć na rowerze do pracy to nagle spadły mi 3 cm... ale wiesz... biust to nie wszystko, i warto się ruszać ^^
O nie... WF to mój czuły punkt, źródło największych traum mojego dzieciństwa i wczesnej nastoletniości.
Naprawdę uważam, że program zajęć i system oceniania(przede wszystkim!) zostały wymyślone przez sadystów.
Biegam wolno, z natury i przez lata chodzenia na WF byłam za to karana dwójami i pałami. Nie mówiąc już o upokorzeniu związanym ze świadomością posiadania najgorszego czasu w klasie, a nawet wykluczeniu społecznym (we wczesnej podstawówce nie wiedzieć czemu sukcesy na WFie były wyznacznikiem atrakcyjności towarzyskiej)
Nie wierzę żeby moje wolne bieganie wynikało tylko i wyłącznie z lenistwa. Od zerówki miałam w tym gorsze wyniki.
Potem było już tylko gorzej, bo WF mnie trwale zniechęcił do wszelkiego sportu.
Czy WFiści na serio nie są w stanie pojąć, że 2/1 w dzienniku nie mobilizuje?
Przecież ich zadaniem jest sprawienie,że dzieci się ruszają, a nie, że wszystkie potrafią szybko przebiec jakiś dystans.
Na szczęście odkąd poszłam na studia mam do WFu zdrowsze podejście. Nadal nie lubie, ale przynajmniej nikt mi nie patrzy na ręce i nie ocenia- pracuję dla siebie i w swoim tempie. I tak właśnie powinno być.
Mnie do biegania i do SA nie namówi nic ani nikt ;)
Moje kolana odmawiają posłuszeństwa w czasie biegów, więc wolę ćwiczenia na macie, siłownię, ostatecznie szybki chód na bieżni.
A traumatycznego wyglądu w SA nie zapomnę nigdy i jakoś nie mam zamiaru testować tych staników ponownie. Nie mówiąc o tym, że takie zapięcie na plecach kompletnie mi nie pasuje.
Ale notka super :)
Czytam wasze komentarze i aż się za głowę trzymam. Chyba miałam szczęście do wspaniałych w-fistów. Często zmieniałam szkoły i miałam conajmniej .... eee... 6 w-fistów, w tym 4 było bardzo fajnych, a 2 wisiało i powiewało. Nigdy nie byłam dobra z w-f, ale zawsze jakoś potrafili mnie zachęcić do większego wysiłku. w szkole podstawowej grałam namiętnie w koszykówkę (pomimo tuszy i niskiego wzrostu byłam dobra), w szkole średniej grałam namiętnie w siatkówkę, pomiędzy byłam zmuszana do biegów na 10 km (o dziwo, pomimo nienawiści do biegania byłam całkiem dobrym długodystansowcem). Niestety dzięki siatkówce nabawiłam się kontuzji kolana, a później jeszcze miałam skręcenie śródstopia.
teraz staram się ruszać dla siebie - biegam, pływam i chodzę na fitness i jogę (echem, jak mam czas... i ochotę). ciężko, szczególnie teraz jesienią, kiedy zimno i wcześnie robi się ciemno, ale znalazłam na to sposób - twister stepper. na tyle mały że można go wsunąć pod łóżko, i nie ma że zimno na dworze.
'@Martva: rozumiem Twój ból, jak zaczęłam jeździć na rowerze do pracy to nagle spadły mi 3 cm... ale wiesz... biust to nie wszystko, i warto się ruszać ^^'
Z jednej strony masz rację, z drugiej strony ja mam w szufladzie ze dwadzieścia staników względnie dobrych rozmiarowo i na samą myśl o zmianach rozmiarowych dostaję histerii. Nic z tego, wolę mieć świetne cycki w rozmiarze aktualnym niż odrobinę lepszą sylwetkę ;P
Też uważam że wf w szkołach jest źle prowadzony, tudzież oceniany, wg mnie powinno być oceniane zaangażowanie i np wybór jedenej lub kilku lepszych dyscyplin do oceny,a reszta na zaliczenie i już, no bo nawet sami sportowcy nie są we wszystkim najlepsi;/
No i ta różnorodność jest faktycznie do kitu, u mnie w LO było całkiem nieźle , siatka nie za często;) ale ponieważ ją kochałam to miałam od tego SKS;) ( za to na studiach TYLKO aerobik bo reszta fe;/)
A i w obronie siatki;) owszem na studiach bywało że grały takie osoby którym się nie chciało ruszyć do piłki (nie chodzi mi o umiejętności tylko o chęci;)i wtedy faktycznie siatka nudna i niezbyt wymagająca była;) ale jak się zbierze fajna ekipa to jest fajnie ale oczywiście rozumiem że każdy lubi co innego;)
Ze mną był wręcz problem że chciałam grać z panami, bo wtedy było emocjonująco, no ale i niebezpiecznie;P bo panowie atakowali;) co nie wszystkim dziewczynom pasowało, bo się obawiały dostać w twarz (co naprawdę rozumiem i nie neguje tego prawa do obaw - ja jestem wariat;), ja natomiast byłam w swoim żywiole;) no bo co mnie nie zabije to mnie wzmocni;) czyli uczymy się blokować ;) najwyżej mnie uszkodzą;PPP
A co do biustonosza to na studiach jak był w-f to ja miałam 75B;PPP i przecież mały biust;) szczęściem samonośny i jakoś mi bardzo nie przeszkadzał;)
Że też takie zachęcające notki akurat o tej porze roku ;p. Strasznie nie lubię wdychania tego zimnego powietrza.
Zawsze kiedy czytam o bieganiu, to mam straszną ochotę, ale potem okazuje się to być powyżej granicy mojej tolerancji na nudę.
Jeszcze jedna rada dla tych, którzy by chcieli chcieć tak, jak im się nie chce. Warto się wybrać na jakieś zawody. Termin mobilizuje do regularnych treningów a atmosfera na zawodach po prostu uzależnia. Na biegach ulicznych startują biegacze na bardzo różnym poziomie, więc nie ma się czego obawiać, a spotkanie z innymi ludźmi o tych samych zainteresowaniach - bezcenne.
Jeśli chodzi o bieganie z kimś, kto ma lepszą/gorszą kondycję czy inne tempo - dobrym wyjściem jest zabranie ze sobą roweru. Jedna osoba biegnie - druga pedałuje i zmiana. W ten sposób można też zabrać ze sobą niebiegającą koleżankę albo chłopaka i cieszyć się ich towarzystwem. Poza tym rower z bagażnikiem lub koszykiem jest świetnym miejscem na bidony, komórki, portfele, bluzy itd.
Aha - i nie zapominajcie o rozgrzewce!.
Sunako: mi też się staniki rozpinały. To na pewno za luźny obwód.
Przerąbane macie z tym WF. Ja też chyba miałam szczęście, sensowna pani w podstawówce i zajęcia do wyboru w liceum - nie zdołali mnie zniechęcić. Ale traumy wuefistyczne to strasznie częste zjawisko wśród moich znajomych.
@ Martva
Ale przeciez sport to nie tylko lepsza sylwetka... to lepsza kondycja (przydaje się we wszystkim ^^), lepsze zdrowie na dziś, lepsze zdrowie na starość, lepsza pojemność płuc, lepsza praca dotlenionego mózgu, fajna zabawa... długo można wymieniać! A staniki można sprzedać i kupić nowe, jaka miła okazja do zakupów ^^
A ze skutków natychmiastowych lepsze samopoczucie i więcej energii :).
Lubię biegać. Ale od jakichś 4-5 lat już nie praktykuję ;) Miszkając w Szwecji byłam zachwycona - miałam na swoim osiedlu specjalne ścieżki do biegania. Super sprawa. W szkole nienawidziłam WFu po prostu dlatego, że byłam beznadziejna i pod względem kondycji, i pod względem koordynacji ruchowej. I wtedy biegania nie lubiłam, ale nie z powodu samego biegania jako takiego, ale bardziej z powodu porównywania się do innych. Nikt nie lubi mieć najgorszego czasu... Chociaż im dłuższy dystans, tym lepiej mi szło. Na najdłuższych dystansach nawet zdarzało mi się wylądować na trzecim miejscu (od końca), co jest lepsze zdecydowanie od miejsca ostatniego xD
Mauzonko bardzo sie ciesze ze wrocilas:)
naprawde mi brakowalo Twoich notek :)prosze o wiecej takich :)
ja fajny wf miałam w gimnazjum... może nie tyle fajny wf, co świetną wf-istkę. nie wstawiała ocen za wyniki (chyba, że ktoś był wybitny, wtedy podwyższała), ale oceniała sam wkład w lekcje. i potem dziewczyny z klasy, dużo lepsze ode mnie w wielu dyscyplinach, dziwiły się, że mają niższą ocenę niż ja. a ja po prostu zawsze byłam przygotowana do lekcji, nigdy nie obijałam się na rozgrzewce i po prostu robiłam wszystko, co umiałam.
to nie jest sztuka mieć do czegoś talent i być naturalnie dobrym sportowcem. sztuką jest wyćwiczyć coś, nie mając naturalnych predyspozycji.
w liceum niestety wfistka miała jakieś tabelki i oceny wstawiała wg nich: dla takiego i takiego wyniku taka i taka ocena. jaka byłam nieprzyjemnie zaskoczona, kiedy w biegu na dystans zajęłam drugie miejsce w klasie, wyprzedzając m.in. dziewczynę, która trenowała koszykówkę w lokalnym klubie sportowym czy dziewczynę, która kiedyś trenowała biegi długodystansowe... i dostałam 4, bo taka była przewidziana ocena za mój wynik. to na pewno nie jest motywujące...
a teraz uprawiam "łyżwiarstwo", tj raz w tygodniu 45 min jeżdżenia w kółko :P na studiach jakoś zrezygnowałam z porannych ćwiczeń (a w liceum robiłam po 50 brzuszków, 50 przysiadów, 10 pompek...) i w ogóle czuję się jakoś totalnie niewysportowana :P
@annyonne , z jednej strony tak, masz rację. Ale z drugiej... sprzedawać moje staniki? Pozbywać się kolekcji La Senzy i, co najgorsze, wypaść z jej rozmiarówki? Dla biegania? :P Dziękuję, posiedzę ;)
Zawsze to można połączyć z ćwiczeniami rozbudowującymi mięśnie pod biustem (fajna sprawa), w sumie utrata powinna się wyrównać ;).
A tak poza tym nie wyobrażam sobie skuteczniejszej formy zniechęcenia ludzi do aktywności fizycznej od obowiązkowego wf-u.
jak można wypaść z rozmiarówki La senzy? przecież oni produkują od 30A.
poza tym, bardzo niezdrowo jest nie jeść po 18, chyba że ktoś chodzi spać o 20.
A ja sobie właśnie na WF złamałam palec, a we wszystkich biegach byłam zawsze ostatnia i pomimo ciekawej notki dalej nie rozumiem, co takiego fajnego jest w bieganiu ...
Świetna notka, mauzonko, i świetny timing! Sama zaczęłam biegać w zeszłym tygodniu i po kilku razach doszłam do wniosku, że jednak stanik sportowy to mój must have number one :) poza tym bardzo podoba mi się Twój cykl treningowy, ja także jestem leniem kanapowym, a ten zaproponowany przez Ciebie nie powinien mnie zabić tak od razu :D
Oj, jak dobrze wiedzieć, że nie tylko ja NIENAWIDZIŁAM wf-u! To był jedyny przedmiot, z którego byłam gotowa uciec i nie wracać, a niby pilna i porządna uczennica byłam. Podstawówka pokazała mi, że jestem ostatnią ofiarą w klasie i już nic mi nie pomoże, zaś liceum umocniło mnie w przekonaniu, że wuefistki to złośliwe małpy, które tylko patrzą jak tu kopnąć leżącego, o problemie z ocenami już nawet nie wspominam, do tej pory pewnej pani życzę nie najlepiej!
Co do biegania to mnie nic nie przekona, że to jest fajne, ja się męczę nawet jak chodzę, do biegu nie zmusza mnie nawet uciekający ważny autobus ;p
Za to SA mam - moja notka jest na nathd.blox.pl - tam zrecenzowałam posiadany staniczek. I polecam wszystkim! W moim wypadku na siłownie jak znalazł. Co do jego ściśliwości - to ja jakoś źle trafiłam. Mój nie dusi:(
Boże, jak ja lubię wf :D Zawsze lubiłam. W podstawówce miałam raj-ciągle siatkówka, którą uwielbiam, grałam wyczynowo, ale musiałam przestać z racji problemów z kostką... I chlipię przez to. Teraz jestem w 3 liceum i dalej lubię wf, to jest lekcja, gdzie mogę się odstresować, wymęczyć, wyskakać i w ogóle jest fajnie :)
Biegać też lubię, ale tylko na dłuższe dystanse. Nawet trochę biegałam przez wakacje, ale porzuciłam to-zimno teraz jest... Ale w szkole na siłowni mamy bieżnię, więc mam nadzieję raz w tygodniu pobiegać :)
A co do biustu-nie miałam większych problemów. Nawet w moim starym 75B, a później 75C ( :P ). Chyba miałam samonośny biust, zresztą nieduży był, więc co tam ;) No a teraz to troszkę by przeszkadzał, mimo że dalej jest bez szału z rozmiarem ;)
@simeri'jak można wypaść z rozmiarówki La senzy? przecież oni produkują od 30A.'
Ale większy wybór jest w 32F. 30 są nie we wszystkich modelach i tylko do miski F, czyli musiałabym sporo stracić tego biustu, a na litość Bogini - nie chcę ;)
Widzę, że większość z nas ma podobne wspomnienia jeśli chodzi o w-f;) Ja nienawidziłam w-fu do piątej klasy podstawówki. Po czwartej klasie moja klasa została rozbita i w ten sposób znalazłam się w klasie, w której wychowawcą była nauczycielka w-f ;) Początkowo był ten sam koszmar, tzn. biegi na 60 metrów, gdzie czas miałam najgorszy ze wszystkich. Ale kiedy pierwszy raz pobiegliśmy na 800 m okazało się, że nie jest ze mnie taka łamaga :) Ale ostatecznie moja wychowawczyni była pod wrażeniem tego, ile brzuszków potrafię zrobić w ciągu 1 minuty - dostałam wtedy 6 i to mnie podbudowało :) Okazało się też, że dobrze mi idzie skok przez skrzynię, stanie na rękach i takie "fikołki" na drążku. Od tamtej pory w-f nie był już koszmarem, ale i tak za nim nie przepadałam, bo najczęściej graliśmy w siatkówkę, której nie cierpię i gra nie szła mi za dobrze, przez co zawsze byłam wybierana jako jedna z ostatnich do drużyny. Ale moja wychowawczyni na szczęście nie oceniała mojej gry w siatkówkę ;) Poza tym i tak miałam w podstawówce najlepsze oceny w klasie, więc gorsza ocena z w-f i tak by mi nie zaszkodziła :) W liceum znów na w-f dominowała siatkówka, więc nie przepadałam za tymi zajęciami. Za to na studiach podobało mi się, że można było zapisać się na aerobik, a ostateczna ocena zależała wyłącznie od frekwencji :) Dzięki temu polubiłam sport i dziś nie wyobrażam sobie życia bez ruchu ;) Muszę ćwiczyć 2 razy w tygodniu, bo inaczej wariuję i cierpię na nadmiar energii ;)
A co do biegania, to regularnie biegałam kilka razy w życiu i super się czułam po bieganiu, ale muszę unikać obciązania stawów, przez co bieganie odpada :/ Strasznie żałuję, bo to najtańszy i chyba najprzyjemniejszy sport, zwłaszcza, jeśli biega się z muzyką na uszach z samego rana ;)
Mauzonko, cieszę się bardzo, że wróciłaś do pisania - brakowało nam Twoich notek :)
Ja tez nie bylam fanka wf-u w szkole. Zawsze kombinowalam jakby tu nie cwiczyc... A teraz.... jestem instruktorka aerobiku..... ale nadal nie cierpie biegania. Uwielbiam natomiast wszelkie taneczne formy aerobiku i cierpie ze tutaj Les Mills wydaje sie ze wyparlo te formy z klubow fitness. (Jak gadalam z jedna z instrutkotek z klubu, to powiedziala ze ludziom sie myslec nie chce...i wola prechoreografie z Les Millsow). Stepu i Dance'u jak na lekarstwo, i to w dodatku w bardzo uproszczonej formie... A ja lubie poszalec, np tak: http://www.youtube.com/watch?v=PHrjhE...
A stanik mam - rakietujace SA 32G.
O raju...to ja chyba jestem w (jednoosobowe?) opozycji, bo WF zawsze uwielbiałam. Nawet w czasach wczesnej polskiej podstawówki, kiedy WF polegał na 45minutowym tarzaniu się po brudnym korytarzu, bo salę gimnastyczną zajęły klasy 6-8. Ewentualnie na skoku w dal do piaskownicy-kociego wychodka, albo skoku wzwyż przez kij od miotły.
I tak sobie teraz myślę...Wiele dziewczyn narzeka, że nie lubiło WF-u, bo nie były z niego dobre.
Fakt, mi natura trochę pomogła, jeśli chodzi o predyspozycje do uprawianie sportów (oprócz mojego niespełnionego dziecięcego marzenia - gimnastyki artystycznej, chlip, chlip), więc póki co jest przewidywalnie - skoro byłam dobra, to WF kochałam. Ludzkie.
Ale, ale...Tutaj niby z WFu byłam świetna, ha, myślałam że wręcz genialna! Ale jakże srodze rozczarowałam się za wielką kałużą. Zwykłe treningi były tym, czego tutaj doświadczałam na ekstremalnych zajęciach dodatkowych. A treningi dodatkowe były tym, czego nie śniłam w najgorszych koszmarach. I tak nagle z reprezentantki szkoły w 5 dyscyplinach stałam się drużynową łamagą.
A WF kochałam nadal :) Nie poddałam się i z tej miłości prawie ducha wyzionęłam, żeby się poprawić i żeby zasłużyć na wzajemność. Ale jaka byłam dumna, kiedy się udało!
Bo ja chyba jestem z tych, którym niepowodzenia dają motywację.
I z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że miłość do sportu jest chyba nieuleczalna, przynajmniej w moim przypadku. Mimo, że jest on wyjątkowo niewdzięczny. Że wcale nie odwdzięcza się w pełni za przelane dlań morze potu i łez. Że "w pewnym wieku" już Ci raczej podziękuje za współpracę. Że niewiele brakowało, a dzięki niemu zostałabym rośliną. Kurczę, ale ja i tak go kocham i będę zawsze, to jest chyba ta słynna "toksyczna miłość" ;)
Dlatego dziękuję Ci mauzonko za tę jakże bliską memu sercu notkę :)
W ogóle uważam, że na wf szkolnym oceny powinny być za obecność i niesiedzenie na ławce.
martva -----> rozumiem aż za dobrze ;))) ja właśnie dlatego przestałam ćwiczyć, bo biust mi malał w zastraszającym tempie, a talia czy biodra nie :/ co jest lepsze - bardziej obfity biust i okrągłe ciało, za którym szaleje facet czy dwa smętne zwisy, płaska pupa i lepsza kondycja? xD
Wlasnie tego sie obawiam w bieganiu, ze zanim wyrobia sie miesnie to nie beda mialy z czego, bo wszystkie resztki tluszczu z mojego ciala znikna i bede wygladac jak anorektyczka. A czy mialyscie tak na wf-ie ze bylyscie dobre w "odbijaniu" pilki w koszykowce czy zywym graniu w noge (znaczy sie normalnym), ale pewne paniusie obrazaly sie przez miesiac i zadaly odszkodowania przez rok za to ze wasz palec lub paznokiec zetknal sie przez sekunde z ich szyja, reka, noga itp.? Ja mialam takie w podstawowce i gimnazjum. Jak powiedzialam przepraszam to mi taka jedna powiedziala: "Wiesz co mam gdzies twoje przeprosiny, wiesz jak mnie szyja boli?" Taaa, ciekawe ze nie bylo zadnego sladu po jakims "urazie", o ktorym ja bym zapomniaala po kilku sekundach:/
maskaradka, to wszystko zależy od diety. jak będziesz mieć dietę o dodatnim bilansie kalorycznym (czyli będziesz jeść więcej kalorii niż spalasz) to nawet przy intensywnym bieganiu można nabrać tłuszczyku ;)
WF zniechęcił mnie na długie lata do uprawiania sportu. W kombinowaniu "co tu wymyślić, żeby nie ćwiczyć" byłam mistrzem. Bardzo nie podoba(ła) mi się nie tylko sama organizacja zajęć, ale też, a może przede wszystkim, system oceniania. W podstawówce jeszcze wystarczyły dobre chęci i wysoka średnia, żeby dostać 4 na koniec. W ogólniaku wyżej wspomniana tabelka z ocenami biegów na czas, program "w trzeciej klasie zaliczamy lekką atletykę, a w czwartej gimnastykę" i temu podobne atrakcje - spowodowały traumę na lata.
Na pierwszym roku studiów wybrałam sobie aerobik i bardzo mi się spodobało. Jednak, żeby nie było zbyt różowo, na drugim roku skończył się dobrobyt, bo "z waszego instytutu jest za dużo dziewczyn" (Dodam, że chłopaków było u nas jak na lekarstwo, w przeciwieństwie do politechnicznego czy informatyki i do dziś nie mogę tej pokrętnej logiki zrozumieć. Nie wyobrażam sobie tłumu facetów stamtąd chętnych na aerobik ;)
Spotkałam w życiu jedną wuefistkę, która się na mnie nie darła. Dzięki niej jestem w stanie utrzymać się na wodzie i pływać w bliżej nieokreślonym stylu :)Poświęciła mi 5 minut na koloniach, gdzie zajmowała się inną grupą. Miała w tym czasie wolne. Do dzisiaj jestem jej wdzięczna, że zajęła się mną, kiedy "moja" instruktorka poszła z resztą grupy na głębszą część basenu zostawiając za sobą tylko echo "No czego się boisz?! A to sobie stój!"
Najlepsza wuefistką była i jest dla mnie mama :) Dzięki niej nauczyłam się jeździć na łyżwach. Dzięki niej leczę się z traumy piłkowej ("dostanę piłką w twarz, dostanę piłką w twarz"). No, zasługi na tym polu ma też narzeczony :) Chociaż biegać już pewnie ze mną nie będzie, bo mieliśmy sytuację analogiczną do wolffie.
Stanika sportowego nie mam, to się nie wypowiem. Na rolkach jeżdżę w mięczaku M&S. W piłkę na plaży w bikini 2 trójkąty + sznurek, ale przy moich gabarytach, gdzie biust prawie nic nie waży, mogę sobie choć na taki luksus pozwolić.
O matko, zrobiłam podgląd i zobaczyłam, jak się rozpisałam! Przepraszam :)
Dla mnie wf koszmarem nie był, bo miałam raczej sympatycznych i normalnych nauczycieli. Widać miałam szczęście, bo w podstawówce babka stawiała na zabawę-czyli grałyśmy w dwa ognie, siatkę i różne takie. W gimnazjum głównie kosz i piłka ręczna, a obie te dyscypliny lubiłam. No i pływanie raz w tygodniu;) W zasadzie to nie znoszę tylko siatki, jestem strasznie słabiutka i mimo wielu prób nie dam rady zaserwować piłki;) Generalnie jakoś nie mam traumy- u mnie jeśli ktoś chodził na zajęcia i się nie obijał, to mógł spokojnie liczyć na 4 albo 5-liczyły się bardziej bowiem chęci, a nie tabelki. Na studiach wf nie mam, nad czym ubolewam. Muszę sobie organizować ruch we własnym zakresie.
A tak w ogóle to niedawno czytałam na forum tańca brzucha posty nauczycielki, która na lekcjach uczy właśnie tego tańca- super sprawa moim zdaniem;)
Dla mnie wf też był koszmarem. Do dziś nie cierpię siatkówki (zresztą po 15 min grania miałam zawsze siniaki na rękach - od piłki). Na studiach wybrałam basen i tenis stołowy (za hasło ping-pong można było wylecieć z zajęć) i była to raczej rekreacja niż sport. Za to uwielbiam sporty zimowe: narty, łyżwy, sanki (he, he też mi spot, ale zmęczyć można się niesamowicie) - czyli wszystko do czego szkoła mnie nie zdążyła zrazić. A ćwiczę w sportowym Triumphie 75C (wiem, wiem), który o dziwo trzyma i jest wygodny ale to raczej taka ciasna koszulka niż stanik z prawdziwego zdarzenia (muszę mu obwód pomierzyć z ciekawości, bo na moich 70 cm pod trzyma jak przymurowany, zapinany na 3x3 haftki).
W podstawówce miałam bardzo fajny bo ogólnorozwojowy w-f i ćwiczyłam z przyjemnością, miałam też świetnych wuefistów.
W liceum natomiast wuefistka przez 4 lata ANI RAZU nie zaprezentowała nam ANI JEDNEGO ćwiczenia a na zajęciach była prawie wyłącznie siatkówka, której jak wiele osób powyżej do tej pory nie cierpię.
Wydaje mi się, że siatkówka ogólnie jest kiepskim wyborem na szkolny w-f, bo dopóki się człowiek nie nauczy choć trochę grać jest to dyscyplina nudna i mało rozwijająca. W koszykówce chociaz można po boisku pobiegać.
Na studiach zajęcia w-f były prowadzone świetnie. Każde ćwiczenie było starannie objaśnione: co ćwiczymy, jak ćwiczymy i dlaczego właśnie tak. Taka podstawowa wiedza, która powinna być podawana wcześniej na w-f czy biologii.
Z domu wyniosłam, że naturalną formą wypoczynku jest aktywny wypoczynek na świeżym powietrzu.
Tak sobie czytam i zauważyłam, że bardzo wiele osób nie lubi siatkówki. Ja chociaż wf wspominam jak największy koszmar, samą siatkówkę lubię - tylko zależy z kim się gra :) Moje koleżanki z klasy zdecydowanie się do tego nie nadawały, ale ze znajomą z podwórka przez trzepak była przednia zabawa :) Ja zdecydowanie mniej lubiłam koszykówkę - latanie jak idiota po boisku wiedząc, że nikt ci nie poda to nie dla mnie - za to z koleżanka (z obcej drużyny) zawsze sprytnie się nawzajem "kryłyśmy" :)
Offtop : tyle diamentów zmarnowali http://jejmoda.pl/video/biustonosz-wa... :D
biegać lubię sama. moje tempo, mój czas, droga i ja, tylko moje myśli:) mi to koi nerwy i relaksuje:)
i zaczynam od nawet i od 10-15minut truchtem aż wyrabia mi się kondycja. zwykle biegałam ok.20-40minut, na zasadzie miałam minimalny dystans i jak w miarę poprawy kondycji przebiegłam szybciej to super, a jak miałam chęć to wydłużałam. powoli spokojnie aż miałam super kondycję:)
wf-u nie lubiłam, bo tam ciagle tylko siatka albo aerobik a obu nie lubie. jak plywanie to na czas, jak bieganie tez. chociaz bylam uparta i wtrwala wiec bylam dobra;) chociaz nie najlepsza ogolnie.
wolalam za to plywanie, taekwondo, taniec, joge, bieganie samej, rower sama lub z kims. nie wymagam by ktos mi towarzyszyl do roweru, ba! nawet lubie sama czesto, bo odreagowuje a na kogos obok bym warczala;)
Dopisuję się do grupy "nie znosiłam wfu w szkole (szczególnie siatkówki), wf zaniżał mi średnią, teraz na studiach chodzę na aerobik i jest super":) Z tym, że u mnie niechęć do wfu doszła do takiego stopnia, że gdy lekarka zaproponowała mi zwolnienie z wfu, bez wahania się zgodziłam i przez chyba 5 lat na niego nie chodziłam. Zdrowe to to na pewno nie było (szczególnie, że poza szkołą też sportu nie uprawiałam, taki nerd ze mnie), ale naprawdę nie żałuję... Jak sobie przypomnę te skoki przez kozła, rzuty piłką lekarską, to jeszcze robi mi się słabo.
A aerobik na studiach - marzenie. Babka przemiła, a jednocześnie potrafiąca każdego zmobilizować do ćwiczeń, zwracająca uwagę na poprawne i świadome ćwiczenie. Czemu wf w szkołach nie może tak wyglądać?
Ja właśnie przeprosiłam się z siłownią, więc artykuł spadł mi z nieba :) Na szczęście mam niewielki biust (75E) więc mogłam sobie pozwolić na zakup sportowego 'najka'75D i jakoś biust mi wszedł :) W sklepie sportowym pokazywali mi jeszcze staniki polskiej firmy. Rozmiarówka na pudełkach szeroka, więc myślałam, że coś wybiorę... Jednym słowem : rozpacz!! Bawełniana szmatka, bez regulacji obwodu, za to do 75 to jeszcze na plecach mógłby mi facet siedzieć i oboje byśmy się opasali ;)
Ja odkrylam bieganie jakies 10 lat temu. Nie biegam bardzo regularnie, mam na przemian okresy zapalu i lenistwa. Ale staram sie jednak nie miec zbyt dlugich przerw w treningu.
Tez mysle, ze naprawde prawie kazdy moze zaczac biegac, byle tylko nie zaczynac zbyt ostro.
Tak jak pisze Mauzonka i chyba Pinupgirl, nie nalezy biegac zbyt szybko, tempo musi byc komfortowe.
Ja np biegam zazwyczaj godzine, i kiedy koncze bieg nie jestem wrakiem - czuje zmeczenie, ale moge normalnie oddychac.
Ja też miałam ciągle w liceum siatkówkę,brr,chociaż sama gra fajna.
Biegania nie cierpię,mimo dobrych ocen.Poczytałam trochę o bieganiu w Wyborczej i poraziło mnie odkrycie,że to wina nauczycieli,którzy nigdy nie uczyli jak biegać.
Tekst mnie też zachęcił,tylko,że ja się boję o kolana.Z tego,co czytałam,naprawdę nie należy biegać w zwykłych butach bez amortyzacji.
No bo fakt jest taki, że (przynajmniej za moich czasów szkolnych, tj. ok. 20-15 lat temu) wychowanie fizyczne w szkołach to był koszmar dla dzieci mniej sprawnych, grubszych czy po prostu nieśmiałych 8/ Panie wuefistki, w większosci wredne su... no, wredne wiadomo co, w odpicowanych dresikach i trwałej na głowie, zwykle darły się na te "gorsze" dzieci, szczególnie podczas gier zbiorowych typu dwa ognie czy koszykówka. "No łap tę piłkę, ona cię nie ugryzie!" A inne dzieci w śmiech... Nie ma to jak upokorzyć dziecko przed innymi dziećmi 8/ A ja się bałam łapać piłkę, bo po pierwsze, przeważnie mi i tak "uciekała" z rąk, a po drugie, raz dostałam taką piłką w twarz, okulary się potłukły - nic przyjemnego 8/ W koszykówce - bezsensowne bieganie po boisku, i tak nikt mi nie podawał piłki 8( W siatkówce przynajmniej miałam dobry serw, gorzej z odbiorem 8) Bieganie - masakra, na długie dystanse myślałam, że płuca wycharczę 8/
Jedyne co lubiłam, to sporty zupełnie niekontaktowe typu ćwiczenia gimnastyczne (mostki, stania na rękach) - plus aerobik i callanetics, nauka podstaw tańca 8) Według mnie dzieci same powinny wybierać, co chcą trenować - jeden lubi pograć w kosza, a inny/inna - potańczyć. Jeśli sport ma być dobry dla organizmu, powinien być uprawiany z radością, a nie z przymusu.
-->AleksandraLM: Piszesz, ze Les Mills wyparlo taneczne formy aerobiku? A co z BodyJam? Przeciez to praktycznie sam taniec, z tym ze ja i tak wole BodyAttack, a jak mi sie zachce potanczyc, to pojde do klubu :-)
Siatkowke kocham od zawsze, gram dwa razy w tygodniu i jezdze na turnieje towarzyskie, w-f zawsze lubilam, chociaz biegac nigdy nie potrafilam.
Mam killka stanikow sportowych, dwa SA, dwa Bendon i Berlei. Normalnie nosze obwod 30, ale w nich mam 32 i sa akurat, SA nawet ciasnawy.
Dziewczyny! Chyba muszę was uświadomić, że teraz wf naprawdę tak nie wygląda :) Nie ma jakiegoś przymuszania, wyśmiewania... Z tego, co wiem, to dla wielu wfistów ważna jest frekwencja na wfie. Bo oni naprawdę rozumieją, że nie każdy jest Glinką, Radwańską czy Małyszem ;) Ale doceniają chęci, mobilizują. Nie ma tak źle! :)
Pszczolka - skończyłam liceum nie tak strasznie dawno (w zasadzie to całkiem niedawno) i myślę, że niewiele się zmieniło, sądząc zwłaszcza po opowieściach młodszych koleżanek...
dużo zależy od wfisty, czasem będzie okej, a czasem będzie beznadziejnie. i częściej jest chyba beznadziejnie, niestety. WF w szkołach tak wygląda, bo często prowadzą go frustraci, niespełnieni sportowcy i ludzie, którzy po swoim kierunku studiów chcieli czegoś więcej, a tu kuku. zresztą, to się tyczy nie tylo wfistów, ale ogólnie sporej (choć chyba nie większościowej) grupy nauczycieli.
swoją drogą, mnie wf ostatecznie nie obniżył średniej :P
Prawda jest taka, że WF w większości szkół wygląda tak, jak pozwala na to infrastruktura. Jeśli szkoła ma powiedzmy 1 salę gimnastyczną i 1 siłownię i 3 klasy w tym samym czasie mają WF (w sumie 6 grup, bo teraz jest podział dziewczynki/chłopcy), to co Ci WF-iści mają zrobić? Stąd skupianie się na sportach zespołowych - można zaangażować stosunkowo dużą grupę dzieciaków na niewielkiej przestrzeni.
Fakt, często wśród WFistów zdarzają się frustraci, niespełnieni sportowcy, etc. I ta praca jeszcze pogłębia ich frustrację. Bo u nas w kraju sport w szkołach jest czymś drugo- a nawet trzeciorzędnym. Są niby jakieś rozgrywki sportowe na szczeblu gminnym, wojewódzkim, nawet krajowym. Ale mało kogo to interesuje. Bardzo daleko nam do sytuacji, gdzie na międzyszkolnym meczu sportowym na trybunach boisk (ile szkół w Polsce ma własne boiska mieszczące więcej, niż 100 kibiców? :/)
zbierają się całe dzielnice/miasteczka i wszyscy (starzy i młodzi) wystrojeni w barwy szkoły dopingują swoją drużynę, świętują. U nas trybuny zwykle świecą pustkami.
Więc jak dzieciaki mają pokochać sport, zaangażować się, skoro nie mają żadnej motywacji?
W Polsce dzieciak ma wybór: 1.) chcesz uprawiać sport i coś w tej dziedzinie osiągnąć -> idź do szkoły sportowej i zostać analfabetą, 2.) chcesz się czegoś nauczyć, bo to że jesteś utalentowany sportowo, nie oznacza, że jesteś automatycznie wioskowym głupkiem, a wiesz też, że sport nie jest receptą na całe życie -> zostań w zwykłej szkole i wylecz się z marzeń o sporcie, ewentualnie wyjedź za granicę (bo oczywiście każdy ma taką możliwość, jasssne).
Reasumując - to nie jest tak, że winę za to jak obecnie wygląda WF w Polsce ponoszą sfrustrowani WF-iście. Też. Ale to tylko czubek góry lodowej. Żeby to wszystko się zmieniło potrzeba konkretnych reform, konkretnych zmian w mentalności Polaków i konkretnych funduszy. Więc prognozy nie są raczej optymistyczne.
Ja też całkiem niedawno kończyłam liceum, trafiłam na nauczycielkę-frustratkę, zachowującą się jak te sprzed 15-20 lat, wrzeszczącą bez powodu, chwalącą tylko swoich ulubieńców.. Zaliczenia serwów czy odbić w siatkówce- oczywiście zgodnie z tabelkami,tworzone przez kogoś, kto na pewno ma super pojęcie jak daleko przeciętny nastolatek powinien rzucić piłką palantową, jak szybko powinien przebiec 100m i ile razy powinien odbić piłkę, żeby mógł dostać pozytywną ocenę z wf-u. Gdzie tu miejsce na indywidualne podejście do ucznia? Są ludzie mniej i bardziej sprawni, gdyby tych mniej sprawnych nie zniechęcano tego rodzaju 'tabelowym' ocenianiem, może mniej osób unikałoby go. WF na studiach to przecież zupełnie inna bajka- nie dość, że człowiek sam wybiera dyscyplinę, a przedmiot nie liczy się do średniej (więc jej nie zaniży), to zaliczenie dostaje się za obecność i zwykłe ćwiczenie...
Widocznie ja trafiam na fajnych wfistów ;) Nie oceniajcie jednak tak źle tych tabelek. WFista musi za coś dawać oceny i musi to robić wedle jakiegoś wyznacznika. Gdyby nie było tych tabelek, to jak można by było ocenić uczniów? To coś w rodzaju punktacji na sprawdzianie z matematyki. WFu nie da się faktycznie ocenić sprawiedliwie. Najlepszym wyjściem z sytuacji byłby obowiązkowy WF (bo aktywność fizyczna jest potrzebna) ale brak ocen. Tylko czy wtedy ktoś by się na nim starał?
Choć fakt, te tabelki często są przesadzone. Ale normalny wfista włoży tabelki między bajki i zrobi nową, nieprzesadzoną, możliwą do zaliczenia i dostania dobrej oceny.
A propos zawodów-też nie jest tak źle. Fakt, ja chodzę do szkoły, która ma nazwę Mistrzostwa Sportowego, lecz klas sportowych jest tylko 2 (plus gimnazjum stricte sportowe). Zawody organizowane są często i nie tylko w mojej szkole-również w całym moim powiecie, często te zawody mają szczebel wojewódzki, krajowy... Wystarczy tylko chcieć, bo chcieć to móc.
O nieee.... WF to był moj wrog, szczegolnie bieganie (wiadomo) i siatkowka - samo zło. Teraz na bieganie też nie dam sie namówic, ale stanik chetnie wyprobuje na zajeciach z pole dance, bo tez niezbyt wygodnie mi w tradycyjnym staniku cwiczyc :)
@Pszczolka - ja wiem że zawoday SĄ :) Chodziło mi raczej o to jakiej rangi są to wydarzenia, jaką mają oprawę etc (a raczej jakiej nie mają, heh).
Jednym z moich najsmutniejszych sportowych przeżyć były wojewódzkie zawody lekkoatletyczne rozgrywane na na początku lat 90' Stadionie Dziesięciolecia - wieeeelkie trybuny świecące pustkami (poza górami śmieci ofkorz). Wierz mi, ten widok powodował, że motywacja u rywalizujących dzieciaków od razu spadała co najmniej o 50%. I po każdych tego typu zawodach ilość chętnych do uczestniczenia w następnych drastycznie spadała.
Marzę sobie, że kiedyś i u nas w Polsce zawody sportowe, nawet te na najniższym szczeblu, będą lokalnymi świętami, wydarzeniami z piękną oprawą, okazją do zacieśniania więzi w obrębie lokalnych społeczności. Ale to chyba nierealne.
A co do stronniczości WF-istów, pupilkach i ofiarach etc. o których piszecie - mogę dziesiątki takich przypadków przytoczyć w kontekście nauczycieli każdego innego przedmiotu :) Więc o co chodzi?
@abere8: szczerze mowiac w klubie do ktorego chodze nie widzialam w BodyJam. Z programow Les Mills maja Body Pump (najbardziej lubie), Body Balance (tez, ale godziny sa mniej dla mnie korzystne), Body Combat (popatrzylam przez szybe, wydglada na to ze instruktorzy sa bardzo dobrzy metodycznie, ale osobiscie nie przepadam za aero(kick)boxingiem etc), RPM - nie znosze rowerow, i Body Vive - niewygladajace super ciekawie. Z "normalnych" godzin ostal sie aquaaerobik, 2 godziny stepu (ponoc na podstawyowym poziomie) jedna godzina dance - bylam i wyszlam po 15 minutach, dziewczyna tak srednio byla przygotowana do lekcji i robila wrazenie niekumatej metodycznie, a ja juz na to mocno zwracam uwage, i wcale nie bylo to intesywyne... Oprocz tego joga, pilates, tai chi, tudziez lekcje okreslane mianem - localizada, takie mniej wiecej TBC, ale uwazam ze u nas w klubach bywalo prowadzone lepiej... Zreszta zobacz sama: http://www.solinca.pt/ kliknij na colombo a potem mapa de aulas.
@ miss_li
Co do zawodów to się znowu nie zgodzę :P
Po co zawody szkolne mają urastać do lokalnych świąt? Gdy ja jeździłam na zawody w siatkówkę zazwyczaj większa publiczność tylko mi odbierała pewność siebie. Nie mówiąc już o tym, jak bym się czuła, gdyby patrzyła na mnie cała szkoła-uwierz mi, niektóre wredne małpy potrafią zrobić wszystko, żeby tylko Cię zdekoncentrować, u mnie w szkole, w czasie zawodów można było usłyszeć, przykładowo 'Anka to s*ka' z widowni... Zawody szkolne, lokalne to nie są mecze reprezentacji, klubów. Mają dawać satysfakcję zawodnikom z wygranej, z gry, a nie z dopingu. A propos zawodów szkolnych-u mnie w szkole odbywają się często, 2 razy w miesiącu, albo częściej są jakieś zawody-i to, że uczniowie idą na zawody zamiast na lekcje na pewno by się nie spodobało nauczycielom :)
Oczywiście to tylko moja opinia :)
@Pszczółko:
Pytasz "po co?", odpowiedź jest prosta - dlatego, że sport to nie jest tylko rywalizacja między zawodnikami. Nie taka tylko jest idea sportu. Ot choćby kolebka zawodów sportowych - rzymskie Igrzyska - dla kogo i po co powstały? Sport jest dla ludzi.
A że "tylko" lokalne zawody? To co? Tym lepiej! Nie ma nic przyjemniejszego, niż kibicowanie swojej szkolnej drużynie z tabunami sąsiadów :) Lub gdy to wszyscy Twoi sąsiedzi na czele z parą 90-letnich staruszków w barwach Twojej szkoły krzyczą, skaczą i zagrzewa Cię do walki, albo dzień przed meczem znoszą Ci tony domowych wypieków z życzeniami powodzenia w meczu (SZKOLNYM! nawet nie międzystanowym) :) Póki tego nie przeżyłam, nie przypuszczałam co to znaczy, trudno to zresztą opisywać, trzeba przeżyć samemu.
Nie ma nic lepszego niż jak najwcześniejsze oswojenie się z dopingiem szerszej publiczności. Osobiście było mi to dane dość późno i wiem jak wiele przez to straciłam. Bo mnie te tłumy początkowo paraliżowały, a dla dziewczyn które już np. od przedszkola były z tym oswojone, była to rzecz naturalna, dodająca skrzydeł.
A co do niezadowolenia nauczycieli - trudno się dziwić. Dziwi mnie tylko, że zawody organizowane są w trakcie zajęć szkolnych - trudno żeby w takich godzinach zjawił się na nich ktokolwiek poza zawodnikami :/
-> AleksandraLM: no faktycznie, u Ciebie nie widac, zeby mieli BodyJam. U mnie w http://www.lesmills.co.nz/ jest, no bo to zdaje sie w ogole stad pochodza silownie Les Mills. Moze zapytaj w Twoim klubie, czy zamierzaja np. wprowadzic Jam? Bo moze jak bedzie zainteresowanie, to zaczna go oferowac/ Ja glownie chodze na Attack (nie Combat, bo mnie zupelnie nie pociaga), czasami na Pump, no i powinnam na Balance, bo jestem zupelnie nierozciagnieta, ale juz nie mam kiedy, przy siatkowce dwa razy w tygodniu i lekcjach hiszpanskiego :-) No i Attack nie wyobrazam sobie bez stanika sportowego. Jak widze, jak niektorym dziewczynom biust skacze, niezaleznie od wielkosci, to az sie krzywie z bolu na ich rachunek :-(
Abere8: mnie bardziej chyba pociaga normalny Step czy Dance, a nie Body Jam...
@ miss_li
"A co do stronniczości WF-istów, pupilkach i ofiarach etc. o których piszecie - mogę dziesiątki takich przypadków przytoczyć w kontekście nauczycieli każdego innego przedmiotu :) Więc o co chodzi?"
Chodzi o to, że to jak sobie radzisz z chemią czy matematyką w gimnazjum czy liceum zależy od twojego wkładu pracy w naukę. Nawet największy osioł może przysiąść i się w końcu nauczyć.
Tymczasem, ograniczeń fizycznych nie da się tak łatwo przeskoczyć.
Przez to "ofiary" przez właśnie takie ograniczenia wg idiotycznych tabelek są demobilizowane złymi stopniami.
I tu nawet nie chodzi o nauczycieli.
Taka dyskryminacja jest integralną częścią "programu nauczania wychowania fizycznego".
Sorry, ale w przypadku innych przedmiotów tak nie ma.
Zgadzam się z mefistofelią. Wiadomo, do chemii, czy matematyki można mieć też większe zdolności, ale tu konsekwencje oceny są inne, niż te na lekcjach wychowania fizycznego. O uprzykrzonej chemii można kiedyś zapomnieć, gdy wybrało się na przykład humanistyczną przyszłość, ale ruszać się człowiek powinien do końca życia. W końcu nie chodzi chyba w tym wszystkim o wyłapywanie wyczynowych sportowców, a o wdrożenie dzieciom czegoś co nazywa się kultura fizyczna. Miss_li napisała: "I tak sobie teraz myślę...Wiele dziewczyn narzeka, że nie lubiło WF-u, bo nie były z niego dobre." Proszę? Co to znaczy nie były dobre? O ile wiem, to większość dzieci ma sporą potrzebę ruchu, lubi biegać, skakać i udzielać się fizycznie. U nastolatków też nie jest inaczej, ile z nas potrafiło przetańczyć na przykład godzinami na dyskotekach do ostatnich potów? Ja byłam sama bardzo aktywnym dzieckiem, nie potrafiłam usiedzić spokojnie, skakanka, guma, piłka, bieganie po lasach, wspinanie się po drzewach i inne takie, ale w-f w szkole obrzydził mi na kilkanaście lat prawie wszystko. Na prywatnych rajdach potrafiłam zdobywać szczyty górskie i maszerować godzinami naładowana endomorfinami, a na lekcjach w-f byłam ostatnią sierotą umierającą ze strachu przed poprzeczką do skoku wzwyż. Gdzieś przed maturą zacząłam nawet chodzić sama na pływalnię, bo pływanie nie na ocenę było o dziwo całkiem fajne. Dopiero jednak pozbawiona szkolnego przymusu poznałam pełną przyjemność sportu i nie potrafię wyobrazić sobie bez niego życia. Całe szczęście, że było to tak silne we mnie, że nauczycielom nie udało się tego zabić. Dlatego uważam, że lekcje w-f to skandal i z założenia koncepcja do kitu. Moją traumą była szczególnie siatkówka, do dzisiaj nikt mnie do tego nie zmusi, nawet nie do niewinnej gry na plaży. To już prędzej zaczną trenować na zdobycie Mount Everestu, albo przepłynę La Manche. Stanika sportowego jednak jeszcze nie posiadam. Używam w tym celu trochę topornego full cupa i dobrze zdaje egzamin. Ale ja mam mniejszy biust i do tego sporo tańczę. Jakoś nie mogę sobie siebie wyobrazić w takim Absorberze ćwicząc figury taneczne przed lustrem. ;-)
mefistofelia - o, to chciałam wyrazić.
mnie do białej gorączki doprowadzał w szkole fakt, że z każdym przedmiotem jestem w sobie stanie poradzić w jakiś sposób - usiąść na dupie i nauczyć się czegoś, czego nie cierpię, nie umiem i nie ogarniam. pamiętam, jak do jednego sprawdzianu z fizyki uczyłam się dobrych parę godzin razem z moim tatą, rozwiązując WSZYSTKIE zadania ze zbioru z danego działu. i napisałam go na 5, bo się nauczyłam.
w podstawówce nawet na głupią muzykę można było coś zrobić, np. nauczyć się dobrze tekstu piosenki, nawet jeśli nie umiało się śpiewać. a na wf? no nijak nie mogłam tego "przeskoczyć" i to mnie najbardziej drażniło. że czegoś nie potrafię i nie mogę nic zrobić, żeby to zmienić.
a dla kogoś, kto ze wszystkiego ma dobre oceny (osiągnięte jakimiśtam zdolnościami oraz dużą dawką pracy w domu), obniżenie średniej ze względu na wf i religię, jest bardzo, bardzo frustrujące.
dlatego ucieszyło mnie na wf w liceum, jak trzeba było przygotować 15-minutową rozgrzewkę na aerobik. wybrać jakąś piosenkę i przygotować ileśtam ćwiczeń. to było coś, co mogłam przez tydzień w domu poćwiczyć i potem zrealizować mimo mojego kalectwa. i w cudowny sposób uratować swoją ocenę z wf, bo wuefistka odkryła, że dobrze prowadzę rozgrzewki (że niby przemyślane i że niby dobrze prowadzę grupę) i nagle ta siatkówka przestała być tak ważna. i gdyby tak wuefiści dawali szansę swoim podopiecznym wykazać się w innej dziedzinie niż standardowa...
zresztą w ogóle porównywanie wf do przedmiotów jest śmieszne dla mnie. szkoła z zasady ma uczyć, a wf miał być w założeniu tylko takim bodźcem do tego, żeby młodzież się trochę ruszała i nie zaśniedziała na tyłkach. a oceny i "zawody" (boże, jak tego nie cierpiałam) wprowadziły do tych zajęć bardzo silny element rywalizacji. w efekcie dla wielu dzieciaków ten wf stał się koszmarem, zwłaszcza w podstawówce, gdzie ta sprawność fizyczna była jakimśtam wyznacznikiem popularności. no, ewentualnie można było umieć śpiewać ładnie albo rysować. a jak ktoś dobrze się uczył, to żaden lans to nie był.
a dzieci są wrażliwe i bardzo przejmują się kwestią akceptacji w klasie. dzięki Bogu, mimo tego, że od zawsze byłam kaleką na wf (z wyjątkiem gimnastyki, z której byłam całkiem niezła), talenta plastyczne u mnie nie wystąpiły, a słoń mi w dzieciństwie na ucho nadepnął, to jakoś mnie lubili :P dunno why.
wracając do tematu, po co wprowadzili wf :P ci, co chcieli zaśniedzieć, i tak zaśniedzieli, bo teraz dużo dzieciaków ma lewe zwolnienia lekarskie. często przez to, że wf je stresuje i poprosiły/wymusiły to na rodzicach. gdyby wf był faktycznie zabawą i odpoczynkiem między lekcjami, to nikt by tych lewych zwolnień nie załatwiał.
ochh teraz to nawet nie chodzi o stres czy upokorzenie, ale dziewczyny mają zrobione tipsy i im się łamią podczas gry w siatkę czy kosza, a poza tym spływa mejkap i w ogóle pot i te sprawy. nadal są szkoły, w których nie można wziąć prysznica po wuefie, a nawet jeśli są prysznice, to przerwa ma 5-10 minut, a nauczyciele nie zawsze są skłonni tolerować spóźnienie "bo wuef" :/
oczywiście jakiś procent się zwalnia z tych "starych" powodów. zresztą czasem już lepiej się zwolnić i robić w tym czasie coś pożytecznego, niż się obijać. np w liceum jak miałyśmy "siłownię" to nauczycielka nas zostawiała, a my zamiast ćwiczyć rozwiązywałyśmy zadania, uczyłyśmy się na historię i plotkowałyśmy ;) podczas grania w siatkę też sprytnie dało się grzać ławkę...
ech ale z brakiem pryszniców to koszmar - przez pewien czas w liceum mieliśmy w-f na pierwszej lekcji, a potem jeszcze 7 godzin, pryszniców brak :/
Prysznice jak już są, to jeden zbiorowy, a i tak ledwo starcza czasu, żeby się przebrać, napić czegoś i dojść na zajęcia, więc jaki prysznic...
Dla mnie kilka godzin zajęć po wf-ie było koszmarne (i milion zapachów dezodorantów w sprayu w szatni), oraz, chociaż się nie maluję, rozumiem, że może nie być fajne chodzenie cały dzień z rozmazanym makijażem.
Przez ostatni rok szkoły miałam lewe zwolnienie, i mimo że staram się nie robić takich rzeczy, uważam, że taka mała korupcja jest lepsza, niż zmuszanie kogoś do rozbierania się i robienia ze swoim ciałem tego, czego sobie nie życzy, co upokarza.
Naciągnęłam też wcześniej bezpodstawnie jedno moje schorzenie, żeby mieć zwolnienie z zanurzania głowy na basenie - też nie widzę innego wyjścia, skoro lęk przed zatopieniem (czyli np. paraliż, problemy z oddychaniem i bełkot) nie są wystarczającym powodem.
W ogóle strasznie ciężko jest nauczyć się po wf-owej traumie cieszyć aktywnością fizyczną. Niektóre sporty kompletnie mnie zniechęcają, bo budzą skojarzenia.
Wiem, że w-fy w szkołach z reguły nie są fajne. Moja wychowawczyni i w-fistka w jednym, nie stawiała nam ocen z tabelki, ale liczyło się zaangażowanie ilość ćwiczeń, bycie na zajęciach. Laski które miały tipsy i skakały na 6,5+ na koniec mogły mieć 4, nikt "słaby tabelkowo"u niej miał najniżej 4,5... Dużo zależy od nauczyciela. Mieliśmy piesze rajdy, chodzilismy też na spacery. Nauczyciel musi robić ćwiczenia z tabelki, za cos musi wystawić ocenę, ale nie tylko to powinno sie liczyć.
W szkole uwielbiałamm skakać przez kozła, graliśmy w piłkę chińską, w hokeja-nie było nikogo, kto siedział na ławce:D, miałyśmy aerobic, gimnastykę artystyczną w podstawach, tańczyłyśmy:) Moim zdaniem w-f powinien wyglądać inaczej, bo "macie piłkę grajcie" to nie rozwiązanie. Zwłaszcza że przerwa między nauką powinna być wykorzystana na ruch, to przecież dzieci i nastolatki, nie mogą siedzieć po6-8h w jednej pozycji, dla nich ruch jest istotny. Dlatego istnieje w-f:)
Śmieszne jest to,że grając na zajęciach nie wzbudzało to entuzjamu, ale jak był koniec w-fu moglismy grać luźno, to jakoś każdemu się siatkówka bardziej podobała:) Mnie siatkówka nie zraziła, bo uczył mnie tata i grałam z nim i z siostrą, ze znajomymi-mam same dobre wspomnienia.
Oj mój w-f to była wieczna siatkówka na sali. Po kilkunastu latach szkół można mieć jej dość do końca życia;)czasem w liceum zdarzał się aerobik ale to było święto. Na zmuszenie się do ruchu znalazłam inny sposób- zamiast auta/autobusu rowerem do pracy. Odległość raptem 4 przystanków jest na tyle nie duża że na miejscu jestem ok 15 minut baaardzo spokojnym tempem (i wcale nie bardziej zmoknięta niż po wystawaniu na przystanku).
Co zaś się tyczy ruchu to uzależnia, jak się ciało przyzwyczai to się potem w razie napadu lenia będzie domagać aktywności. Najtrudnioej chyba zacząć;)
Przyznam się, że na wf chodziłam tylko przez część szkoły podstawowej i okrutnie go nie znosiłam - grałyśmy głównie w "zbijanego", okropnie tej gry nie lubiłam. Nosiłam wtedy okropnie grube, szklane okulary, o które się bardzo bałam, mam kłopot z widzeniem przedmiotów w ruchu, a i refleks nie najlepszy. Wuefistka radziła mi... ściągać okulary. Przy -7 to był doprawdy genialny pomysł :) No, i do tego dochodziła kwestia średniej ocen, uczennica ze mnie była nawet nie piątkowa, a szóstkowa, a z wuefu nie zasługiwałam nawet na marną trójczynę (choć litowała się nade mną wuefistka, nie powiem). Byłam niesamowicie szczęśliwa, kiedy lekarz orzekł, że właściwie to intensywny ruch jest dla mnie niewskazany ze względu na siatkówkę (nie grę oczywiście, tylko tę w oku) i wystawił zwolnienie. I tak już zostało do końca mojej szkolnej edukacji.
Aż poszłam na studia i mnie olśniło - mogłam sobie wybrać dowolny przedmiot z listy, nikt mi niczego nie narzucał (ba, mogłam nawet nie zapisać się na nic, jeśli nie miałam ochoty). Zapisałam się na wodny aerobik, super sprawa, niesamowicie mi się podobało, a i kondycja podskoczyła. Na drugi semestr z powodu kolidujących zajęć zapisałam się na zwykły aerobik, i tu już gorzej. Z powrotem poczułam się fajtłapą, bo większość zajęć polegała na trenowaniu układów tanecznych, a do tańca mam dwie lewe nogi i absolutny antytalent.
Ot, chyba trzeba sobie znaleźć swoją dziedzinę :)
@mefistofelia
"Chodzi o to, że to jak sobie radzisz z chemią czy matematyką w gimnazjum czy liceum zależy od twojego wkładu pracy w naukę. Nawet największy osioł może przysiąść i się w końcu nauczyć."
Piszesz o jawnej dyskryminacji w programie "wychowania fizycznego". Dla mnie to, co napisałaś jest jawną dyskryminacją osób mniej zdolnych.
Nie jest tak, ze każdy "OSIOŁ" (SIC!!!!) jak się postara, to się nauczy wszystkich przedmiotów na 5. Nie było tak w żadnej ze szkół, do których chodziłam - zawsze były dzieci mniej zdolne, mniej inteligentne (to chyba właśnie te przytoczone "osły"), albo mniej lubiane przez danego nauczyciela, które choćby siedziały godzinami nad np. matematyką nie potrafiły jej ogarnąć i albo zdawały z 2, albo nie zdawały wcale (mimo, że np. z historii czy j. polskiego miały same 6 i były swoistymi geniuszami w tych dziedzinach). Nie znałam natomiast nikogo, kto nie zdałby z WFu (choćby nie wiem, jak fatalnie mu szło).
Były też dzieci, dla których jedyny "przedmiot" na którym mogły się wykazać i dowartościować, to właśnie WF.
U kogośtam w szkole żeby mieć dobrą ocenę z muzyki należało nauczyć się tekstu piosenki na pamięć. U mnie należało odśpiewać "Gdybym ja była słoneczkiem na niebie" akompaniując sobie na pianinie - jak ktoś fałszował dostawał 2 z wielką łaską.
Z plastyki rysowało się martwe natury w domu - jak miałeś mniej zdolnych plastycznie rodziców, to klops, dwója.
Na studiach, na obu kierunkach, ocena z WFu liczyła się jak najbardziej do średniej ocen i nie wystarczyło mieć 100% frekwencji żeby zaliczyć.
Dodatkowo u mnie w liceum nieposiadanie zwolnienia z WF-u było mega obciachem. A lubienie WFu i bycie uzdolnionym sportowo przypinało łatkę bezmózga.
Nie zapomnę, jak baba od matmy specjalnie ustaliła szkolny etap olimpiady matematycznej na tę samą godzinę, o której miałam zawody - żebym musiała wybierać, wedle jej słów "Trzeba zakończyć wreszcie tę żenującą schizofrenię! Musisz zdecydować kim jesteś!" O_o
O czym to świadczy? Ano tylko o tym, że osądzanie wszystkiego wedle własnych traum nie jest zbyt miarodajne.
Żeby była jasność - ja nie bronię systemu oceniania, form w jakich przebiega WF w polskich szkołach (choć w jednym z poprzedniej postów podałam realne uzasadnienie tego stanu rzeczy).
Sęk w tym, że WF nie jest wyjątkiem jeśli chodzi o nieprzystosowanie programu do realiów.
PS: A co np. z przedmiotem popularnie zwanym "Techniką"? Przecież to nie fair, że ktoś mniej uzdolniony manualnie ma przez nią obniżoną średnią!
A geografia? Jak ktoś jest słuchowcem, to sprawdzian z mapy świata również niechybnie obniży mu średnią (podczas gdy ktoś, kogo natura obdarzyła pamięcią fotograficzną, napisze go z palcem w nosie - jakie to nie fair!!!).
A co ze stereometrią, jeśli ktoś nie posiada wyobraźni przestrzennej (to jest dodatkowo bardzo seksistowski przedmiot, bo to kobiety zwykle mają z tym problem. powinni go znieść, no nie?).
@miss_li
Używam słowa "osioł" na takiej samej zasadzie jak ty używasz słowa "ofiara". Masz rację, powinnam napisać w cudzysłowie. "Osioł" to osoba, która z jakichś powodów sobie z danym przedmiotem nie radzi. Tak z perspektywy nauczyciela. Sama takim "osłem" z matematyki byłam i nie mam zamiaru nikogo z tego powodu dyskryminować.
Nie chodzi o to, żeby z wszystkiego mieć 5 (co jest oczywiście możliwe, nawet jak jest się mało zdolnym; czasem wystarczy pracowitość), tylko o to żeby nie karano cię za to, że fizycznie nie jesteś w stanie czegoś zrobić.
Z matematyką, fizyką itp bywa różnie, ale program jest ułożony tak, żeby każdy uczeń przy pewnym wkładzie pracy mógł zaliczyć, a nawet dostać dobrą ocenę, tymczasem na WFie stosuje się jakieś chore normy wzięte z kosmosu.
Nauczyciele są różni; fajni, złośliwi, sfrustrowani. Ale nie o to mi chodzi! Wszyscy przecież muszą realizować z góry narzucony program.
A program WF-u z tymi wszystkimi tabelkami daje niefajnym nauczycielom możliwość dyskryminacji. I dokładnie to mi się nie podoba.
A dlaczego mało ludzi nie zdaje z WF-u? A co, mieliby poprawkę z niego mieć? I na niej co? Pytanie otwarte "Czymże jest dwutakt"? ;P
WF jest po to by "rozruszać" uczniów i zachęcić do aktywności fizycznej, a nie żeby nauczyć konkretnych umiejętności.
Nie słyszałam też o poprawkach z muzyki czy plastyki.
W ich przypadku, swoją drogą, sytuacja jest analogiczna do WF-u. Jak najbardziej się z tobą zgadzam, że na tych lekcjach też dyskryminuje się mniej zdolnych(choć nie wiem czy w tym przypadku wynika to z programu czy nie. ja miałam zawsze sensowną plastykę i muzykę; nikt się mnie nie czepiał, że fałszuję, ale że nie potrafię czytać nutek już tak)
PS:
Co to stereometria??;P
"Z plastyki rysowało się martwe natury w domu - jak miałeś mniej zdolnych plastycznie rodziców, to klops, dwója."
Co ty gadasz? Nigdy w życiu nikt za mnie na plastykę niczego nie narysował. A talentu do rysunków nie mam za grosz. Oceniana była staranność. Widać, czy do obrazka się uczeń przyłożył, czy namazał beleco. Na technice zresztą tak samo.
Tak samo powinno być z WF-em. Tabelki to jakies nieporozumienie. Na WF nie chodzi o to, żeby każdy biegał 100 w 11 sekund, tylko o to, żeby dzieciaki się te dwa razy w tygodniu w szkole poruszały. Dlatego uważam, że stopnie na WF powinny być za dobre chęci. Dosłownie. Obecność i nie siedzenie na ławce, tylko robienie czegoś, branie udziału w zabawie. Bo to powinna być zabawa. Dzieci mają naturalną potrzebę ruchu, którą oczywiście można zabić na wiele sposobów.
@miss_li: Argumentacja, że z muzyką i wychowaniem plastycznym jest podobnie, to tak trochę według motta: A u was biją murzynów. To fakt, albo się ma jakieś zdolności, albo się nie ma i szkoła ma w zasadzie pomóc te zdolności znaleźć i skierować ucznia na właściwą drogę. Można długo dyskutować, czy to potrafi i czy w wielu przypadkach nie odstrasza raczej od dziedziny, a nawet marnuje talenty. Nie na darmo wielu wybitnych ludzi było samoukami i obijało się w szkole jak mogło. Tylko, że z w-fem sprawa jest poważniejsza, bo to, że dostaniesz życiowego urazu do matematyki, albo nie możesz po lekcjach plastyki pójść do żadnego muzeum, nie mówiąc już o własnych akwarelach, to może czyni twoje życie tylko odrobinę uboższym, ale da się przeboleć, jeżeli znalazłaś alternatywy, które cię uszczęśliwiają. Ruch należy jednak do podstaw ludzkiej egzystencji, ma kolosalny wpływ na nasze sprawność, zdrowie fizyczne i psychiczne, na jakość i długość naszego życia. Nie można więc mówić, że to tylko dla uzdolnionych i tylko takich na tych lekcjach wyszukiwać oraz potwierdzać dobrymi ocenami, zapominając o całej reszcie. A widać, że się zapomina, bo nie byłoby tu tyle negatywnych wpisów, a chyba nie wszystkie jesteśmy z natury leniwcami nastawionymi tylko na kanapę i telewizor. Podejście do sportu, jakie praktykuje się w szkołach jest moim zdaniem skandaliczne, bo mało kiedy pokazuje, że z ruchu można mieć autentyczną przyjemość.
@ mefistofelia
Fakt, może zbyt emocjonalnie podeszłam do sformułowania "osioł", rozumiem, że nie miałaś w zamyśle obrażania nikogo :)
Co do tego czy osoba nieuzdolniona np. matematycznie ma szansę pracowitością nadrobić brak zdolności, to też w bardzo dużej mierze zależy od podejścia nauczyciela (tak samo jest z WFem zresztą). Bo rozsądny i przychylnie nastawiony nauczyciel potrafi te "tabelki" obejść tak, żeby nikogo nie skrzywdzić a i sobie "nie narobić do gniazda" :]
A co do poprawek z WF-u to niewiele sę pomyliłaś ;) Tzn. nie wiem jak jest teraz, ale kiedyś zwykle były to pytania teoretyczne (np. podaj wymiary boiska do siatkówki) + losowy zestaw ćwiczeń.
@bluberry:
"Co ty gadasz? Nigdy w życiu nikt za mnie na plastykę niczego nie narysował."
No widzisz, to tylko się chwali! U mnie w podstawówce niestety było tak, że jak za jednego dzieciaka zaczęli rysować rodzicie, to pani przestała akceptować fakt, że rysunki innych są brzydsze (no bo przecież 7-8 letnie dzieci mają oczywiście znakomite poczucie perspektywy, głębi kolorów itp. :/) i żeby liczyć na coś powyżej 3 trzeba było prosić starsze rodzeństwo lub rodziców. Nauczycielka doskonale zdawała sobie sprawę, że ta nagła "eksplozja talentu" to nie wpływ jej pedagogicznego geniuszu, ale guzik ją to obchodziło. Ważne że co tydzień mogła zmieniać w swojej gablotce na korytarzu rysunki "dzieci" na coraz to ładniejsze :)
(c.d., bo mi się nie zmieściło w jednym poście :P)
@pierwszalitero:
"Argumentacja, że z muzyką i wychowaniem plastycznym jest podobnie, to tak trochę według motta: A u was biją murzynów."
Oczywiście! Przecież napisałam w dalszej części wypowiedzi, że przytaczam te przykłady tylko po to, żeby pokazać, że to że "u nas było fajnie na muzyce" nie znaczy, że wszędzie jest "fajnie na muzyce". I oczywiście na odwrót również. Chyba się jak zwykle nie zrozumiałyśmy do końca ;)
Co do reszty, to zgadzam się z Tobą w 100%.
Bardzo, bardzo bym chciała żeby podejście do wychowania fizycznego w polskich szkołach się zmieniło. Żeby zajęcia sportowe odbywały się po lekcjach, żeby każdy mógł wybrać sobie dyscyplinę w której czuje się najpewniej, żeby po zajęciach istniała możliwość wzięcia prysznica itd.
Niestety, jak pisałam, zdaję sobie sprawę, że największą barierą są tu finanse i infrastruktura (też ściśle z finansami związana).
Nie bez znaczenia jest też rozproszenie szkół w Polsce - rzadko zdarzają się "molochy" posiadające własne obiekty sportowe z prawdziwego zdarzenia. To ma swoje zalety (bardziej indywidualne podejście do uczniów), ale i wady (chociażby brak środków na rozbudowę infrastruktury w niewielkich placówkach).
I oczywiście nasze narodowe podejście do sportu też odbiega od ideału :) Rozumiem, że z powodu różnic mentalnych nigdy nie będziemy entuzjazmować się "byle czym" jak przytaczani przeze mnie Amerykanie, ale już nawet 50% tego ich entuzjazmu byłoby nie lada sukcesem. Liczę, że kiedys to nastąpi, bo powoli powoli jako naród zaczynami odkrywać uroki sportu.
Nie ma więc złotego środka, który by to wszystko naprawił. Ja wiem, że najłatwiej jest demonizować "złych WF-istów", "paskudne tabelki" etc. Ale źródła problemu są znacznie głębsze, a demoniczni WFiści i ich tabelki to tylko, hm..."objaw".
Tylko to próbuję powiedzieć od samego początku :)
Ja jeszcze dodam, że chodziłam do szkoły sportowej (ale niesportowej klasy) i, mimo że obiekty sportowe stanowiły sporą część bardzo dużego budynku, opcji prysznica nie było (poza basenem). U nas i tak nie było na to czasu, ale co robiły klasy sportowe, mające codziennie 2-5 godzin treningów (przed i po zajęciach) - pojęcia nie mam.
A wracając do tematu, niepowodzenia na wf-ie uczą myślenia o sobie jako kimś asportowym, bo jakoś to trzeba sobie zracjonalizować. Rzadko pokrywa się to z prawdą.
@miss_li, oczywiście, że brakuje pieniędzy na rozwój przedmiotu, jakim jest WF. ale brakuje ich też na pomoce naukowe ze WSZYSTKICH przedmiotów, brakuje ich na szkolnictwo ogólnie.
i moim zdaniem wf jest daleko na liście potrzeb. dużo dalej, niż matematyka, historia, fizyka, biologia... bo szkoła ma UCZYĆ i takie jest jej przeznaczenie, czy tego chcemy, czy nie.
WF miał służyć jako odpoczynek od intelektualnego wysiłku, możliwość wyszalenia się i zrelaksowania się. w ogóle nie ma sensu porównywanie go do matematyki czy geografii (do których oczywiście można nie mieć predyspozycji), bo to jest zupełnie inna klasa rozgrywkowa. inny cel. inne przeznaczenie. inny zamysł.
osobiście jestem przeciwna ocenom z muzyki, plastyki i wf (trzy przedmioty, do których predyspozycje trzeba mieć szczególne), bo nie da się zrobić tak, żeby w każdej szkole był uczciwy nauczyciel i oceniał za włożoną pracę, a nie tylko osiągi. z drugiej strony jednak plastyka i muzyka zwykle średnią mi podciągały :D
swoją drogą, wydaje mi się, że gdyby z wf nie było ocen i związanego z nimi stresu, to więcej dzieciaków chętnie by na niego chodziło. mnie samą zawsze strasznie stresowało to, że nauczyciel mnie ocenia, że mam pewne ograniczenia fizyczne (chociażby kiepski wzrok - grać w siatkówkę albo z okularami i ryzykiem zrobienia sobie krzywdy, albo na ślepo) i odbierało mi to całą przyjemność z ruchu, który przecież lubię.
i wiem, że w mojej klasie było przynajmniej kilka takich dziewczyn.
@missalchemist:
"oczywiście, że brakuje pieniędzy na rozwój przedmiotu, jakim jest WF. ale brakuje ich też na pomoce naukowe ze WSZYSTKICH przedmiotów, brakuje ich na szkolnictwo ogólnie.
i moim zdaniem wf jest daleko na liście potrzeb."
Po pierwsze - każdy ma inne priorytety. Ja spotykam się całe życie z założeniem, że szkoła ma ROZWIJAĆ, a nie tylko sucho UCZYĆ. Co do misji WF-u jako międzylekcyjnego relaksu też jestem raczej odmiennego zdania. Uważam, że WF NIE POWINIEN być daleko na liście potrzeb ponieważ ma za zadanie uczyć czegoś bardzo prozaicznego ale istotnego - wpajać nawyki, dzięki którym w przyszłości wydatki budżetowe na chociażby leczenie chorób tzw. "cywilizacyjnych" znacząco zmniejszyłyby się, a co za tym idzie jest to INWESTYCJA długoterminowa.
Tak jak pisała już bodaj pierwszalitera - człowiek jest w stanie dożyć później starości bez wiedzy chociazby o tym, kiedy poszczególne państwa Afryki odzyskiwały niepodległość, czy do którego królestwa zaklasyfikować nicienie. Bez ruchu długo nie pociągnie.
Po drugie - dlaczego wf jest tak daleko na "liście potrzeb"? (pytanie CZYICH potrzeb? :>) ano zestaw hipotetyczną wielkość wydatków na inwestycje związane z nauczaniem historii z hipotetyczną wielkością wydatków na rozwój infrastruktury nazwijmy to "sportowej". A teraz puśćmy wodze fantazji - mamy sobie w kraju gminę X, zbliżają się wybory, burmistrz ma ochotę zachować wygrzany stołek - zakładając, że zalicza się do gatunku homo oeconomicus, będzie wolał kupić mapę rozbiorów i rzutnik multimedialny, czy zbudować halę sportową (której budowa mogłaby się niechybnie przeciągnąć i zakończyć nie daj Boże PO WYBORACH???)?
Tak to u nas wygląda.
Matko z córkosynem! Mogę ćwiczyć każdą dyscyplinę, tylko nie bieganie! Jakoś krzywo i sztywno nogi stawiam, męczy mnie to okrutnie i w ogóle masakiera!
A w szkole podstawową dyscypliną było oczywiście co? BIEGANIE! A jakże! Tabelki też były, różne dyscypliny z nich, a ogólną ocenę za "test sprawności fizycznej" podbijałam sobie podciąganiem na drążku, rzucaniem piłką i robieniem mostka.
Megakoszmar: baba od wuefu kazała mi biegać po sali i rzucać piłką w ludzi. Biegam tragicznie i jestem ślepawa, więc ci ludzie byli migającymi biało-czarnymi plamkami.
Mieliśmy obowiązkowe biało-czarne stroje na wf, więc nie odróżniałam swojej drużyny od przeciwnej. Baba zaakceptowała moją prośbę o szarfy - jedni dostali czerwone, a drudzy różowe. Milusio z jej strony :/
Bieganie jest dyscypliną prostą i tanią, więc wuefiści ją uwielbiają. Jest dla nich Jedynie Słuszną Dyscypliną Wyznaczającą Twoją Wuefową Wartość. Na początku semestru robimy biegi na x metrów i selekcjonujemy klasę na sprawnych, takich-sobie i totalne łajzy, na które można potem wrzeszczeć CO TAK WOLNOOO?! PRZEBIERAJ TYMI NOGAMI! BOŻEEE, CO ZA ŁAJZAA Z CIEBIE! <ciężkie_westchnięcie>
A biegi sa oczywiście na 60, 100, 200, 400, 800 i 1500. Dużo tego. Międzyczasie jakieś zawody polegające na bieganiu na drugi koniec sali, robieniu pompek i powrocie. Albo koszykówka czy inne dyscypliny polegające na bieganiu-i-robieniu-czegoś.
A potem się okazało, że DL-Totalna-Łajza pływa lepiej niż Ybersprawna-Laska-Co-Ma-Same-Piątki, a mistrzyni Polski w jeździe figurowej jest może giętka jak guma, ale biega koszmarnie. Pani wuefistka była zawiedziona, bo popsuł jej się porządek :))))
Lekcje wf były dla mnie koszmarem, ale lubię sport, zwłaszcza wodne dyscypliny - pływanie, kajaki, wiosłowanie. Siłownia jest dla mnie nudna, aerobik może być, bieżnię omijam szerokim łukiem, ale na elipsie czy rowerku mogę już zasuwać 50 na godzinę bez większego problemu :)
Stanik sportowy? Eeetam, wolę mieć porządny kostium jednoczęściowy! Na razie mam dwu-, bo w jedno- mam fiszbiny gdzieś na brzuchu.
NIENAWIDZĘ biegać! A tu jest tak to fajnie napisane, że może nawet skusiłabym się na 60 metrów, heheh :P
Dobra notka :)
jak ja nie lubiłam wf'u...fatalna kondycja, największy biust w klasie, no masakra. dopiero na studiach odkryłam, że uwielbiam porządnie się zmęczyć. ale biegać dalej nie lubiłam :) tej wiosny mój tż namówił mnie na bieganie. co drugi dzień 20 min - bez zatrzymania. pierwsze biegi ledwo przeżyłam. potem stopniowo doszliśmy do 40 min biegu na luzie, z rozmową. ostatatnio ja nie biegałam, bo miałam jakieś infekcje itd a poza tym pogoda marna, ale tęsknię za tym wspaniałym uczuciem pt "mogę wszystko" jakie mam po bieganiu. polecam - to naprawdę może być lepsze niż seks ;)
miss_li: historia historią, ale kiedy sala chemiczna różni się od zwykłej tym, że posiada kran z wodą, to już niewesoło...
Eh, widzę, że nie ja jedna miałam kłopoty z wfem. Nie wiem co za kretyn przygotowywał metodycznie wfistów, szczytem jest proponowanie dziecku, żeby na ślepo grało w gry zespołowe tudzież robiło wszystko inne, gdy ledwo dało się zlokalizować gdzie nauczyciel jest i to też bardziej na słuch. Tyle,że u mnie wyznacznikiem mojej wartości wf był w liceum. Miałam -5/-6 i sorry ale piłkę widziałam w momencie gdy dostawałam nią w twarz co notabene było wspaniałym powodem rozbawienia całej klasy z wfistką włącznie...
WF na studiach, z oceną za obecność był super. Koleżanka nie chciała ćwiczyć zespołowo, bo miała egzamin z pianina w szkole muzycznej, to pani skierowała ją na materac z zestawem ćwiczeń na nogi. Da się? Da.
Naprawdę nie trzeba nakładów finansowych, na studiach byłam na sali bo tak się złożyło, że nasze spotkanie wf było ostatnim ze wszystkich kierunków i została sama sala. Nie było nic więcej niż w szkole, a nawet rzekłabym że mniej i bardzo dobrze ten wf wspominam.
Teraz żegluję, jeżdżę na rowerze, pływam, czasem jeżdżę na łyżwach, chodzę z kijami trekkigowymi po dolinkach jurajskich i kocham się ruszać.
@moniach_1: Jasne, że tak. Z tym, że nawet wyposażenie sali chemicznej ma się nakładowo nijak do wybudowania i wyposażenia hali sportowej (a często trzeba jeszcze dodatkowo nabyć prawa własności do gruntu, na którym ma ona powstać). Plus oczywiście ogromne różnice w czasie realizacji obu tych inwestycji.
Jednak hala sportowa ma, dzięki możliwości wynajmu, ogromne szanse "zwrócić się" po pewnym czasie, a nawet przynieść zyski (np. na remont sali chemicznej). Sala chemiczna raczej nie przysporzy funduszy na budowę hali sportowej.
Ale niestety na naszym rodzimym podwórku jest kiepsko z przedsiębiorczością, szczególnie jeśli środki na inwestycje dostarcza budżet (czy to państwa, czy to gminy, czy UE). Bo przecież to "pieniądze za darmo", głupie po-prlowskie myślenie :/
No ale dobra, koniec :) Przecież wszystkie się zgadzamy, że WF w polskich szkołach nie ma się dobrze i trzeba to zmienić. Z tym, że to już raczej nie w naszej gestii.
(Tak mi się jakoś samo nasuwa "wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak, jak jest" ;))
A ja tak jeszcze co do Shock Absorbera, byłam dziś w Czeladzi w M1 i widziałam dwa rozmiary 85f i 90g w cenie 40 zł nowe - podtrzymanie 3, taki sam jak u mnie w szufladzie tylko w kolorze beżowym.
Szukałam dla mamy, ale rozmiarówka była mocno ograniczona.
90G na pewno było beżowe, i to drugie chyba też. Oraz rozmiary białe ale mniejsze chyba 70 a,b w tym nowym sklepie co niedawno otwarli, poza tym mizernie z tymi rozmiarami u nich.
Może ktoś akurat skorzysta z tej informacji :)
Byłam dzisiaj pobiegać z 20min (taki marszobieg) i jestem teraz strasznie zmęczona, jedyne na co mam ochotę to iść spać, a tutaj czytam o samopoczuciu 'mogę wszystko' i o dawce adrenaliny, ja tego nie czuję.. :( jak to jest? dlaczego?
Bo za pierwszym razem nie ma tak dobrze, to przychodzi z czasem :)
Mam nadzieję ;) tylko teraz muszę sobie inaczej ułożyć 'plan treningowy', bo inaczej nic więcej nie zrobię tego dnia kiedy biegam.
A może po prostu przesadziłaś? Początki to jeszcze nie czas na wycisk. Po prostu kiedy zaczyna Cię męczyć przejdź do marszu. To ma być przyjemność.
Nie biegałam całe 20min, bo chyba bym padła na pyszczek po 5min ;D tylko zgodnie z tym planem 1-2min biegu i 3-4min marszu, ale może powinnam zacząć od 0,5min biegu i 4,5min marszu. ;)
Nie było to nieprzyjemne podczas biegania, tylko i tak potem jestem zmęczona strasznie.
simeri - to przychodzi z czasem :) ja pierwszy bieg miałam kosmiczny - po 8 minutach nie wiedziałam, jak się nazywam. zatrzymywałam się czasami, ale było mi głupio, że mój facet daje radę a ja nie ;) no i jakoś poszło. teraz znowu jestem chora i nie biegam, ale jak tylko nabiorę sił i pogoda będzie znośna, to wskakuję w dresik. a takie zmęczenie - ja to lubię. gorący prysznic, a potem relaks. dlatego biegi zawsze wieczorem - potem można po prostu iść spać ;)
Aha, no chyba, że tak, tylko że ja wole w dzień biegać, bo wieczorem to ciemno, zimno i straszno samemu (a nie mam z kim). ;)
A może biegałaś za szybko? Biegnij tak, żeby oddech nie przeszkadzał Ci w rozmowie (dobrze się to ćwiczy, gdy biegnie się z kimś, samemu trudniej wyczuć dobre tempo). Możesz robić przerwy na ćwiczenia ogólnorozwojowe (to też bardzo ważna rzecz dla biegacza, również początkującego) itd - urozmaicaj sobie :). Nie wiem, jaka jest Twoja kondycja, ale jeśli do tej pory miałaś głównie siedzący tryb życia to sam fakt, że ubierzesz dres i wyjdziesz z domu to już jest coś. Bardzo możliwe, że to po prostu nie był Twój dzień. Zdarza się każdemu. W każdym razie grunt, ze Ci się spodobało :). Pozdrawiam i życzę powodzenia!
na pewno nie biegałam za szybko, raczej za wolno ;) ja tak sobie tylko truchtam i na zmianę maszeruję, po prostu nie mam kondycji, od jakiegoś czasu mam bardzo siedzący tryb życia, a wszystkie próby biegania itp kończyły się fiaskiem, ale teraz mam motywację - nie mieszczę się w mój rozmiar spodni a nie chce go zmieniać ;)
właśnie obczajam jakieś aerobiki na youtubie, bo coś czuję że z tym bieganiem będzie ciężko, szczególnie jak niedługo temp spadnie poniżej zera.
simeri, spróbuj zacząć od codziennych szybkich marszów. przez 2 tygodnie. najpierw 20 minut dziennie, potem pół godziny dziennie. potem wprowadź plan 1min biegu, 5 minut marszu. i truchtanie wcale nie jest złe ;). ja najlepiej się czuję, kiedy sobie właśnie truchtam ;). tętno 120, miłe ciepełko w mięśniach i endorfinki szaleją. z tym, że mnie pogoda też zniechęca do biegów na dworzu. chodzę na siłownię i na bieżni sobie truchtam :).
2 tygodnie?! no bez przesady, ja nie mam tyle czasu, chcę schudnąć do sylwestra ;P w zeszłym tygodniu biegałam pon,śr,pt średnio 1min biegi + 3min marszu (x4-6) - tak mi wychodzi żeby biegać po gruncie i maszerować po asfalcie, jakoś daję radę ;) tak myślę, żeby jednak zacząć biegać codziennie, bo to jest takie nic, chociaż jak kończę minutę biegu to prawie płuca wypluwam ;) i zaznaczam, że wcale nie biegnę szybko. mam nadzieję, że z każdym dniem będzie lepiej. :)
Odradzam, stanowczo odradzam początkującym codzienne bieganie. Jeśli głównym celem ma być schudnięcie to radzę lepiej przyjrzeć się swojej diecie i wprowadzić trening siłowy, a bieganie jako element treningu aerobowego na trzecim miejscu.
No i skoro wypluwasz płuca - to znaczy, że nadal jest za szybko. Dobre tempo na początek to takie, które pozwala spokojnie oddychać.
To nie jest tak, wbrew pozorom, że jak się bardziej zmęczysz, to bardziej chudniesz. Efektywnie chudniesz przy tętnie ok 120 - czujesz, że serce bije szybciej, ale nadal możesz rozmawiać. Jeżeli przedtem nie ćwiczyłaś w ogóle, to szybki marsz będzie właśnie dobrym ćwiczeniem aerobowym na początek, bo pozwoli Ci utrzymać takie tętno.
Pinup ma rację - zarówno w tym że codzienne treningi nie są za dobrym pomysłem, jak i w tym, że siłownia rządzi. Ma ona też tę dodatkową zaletę, że opracowuję Ci tam cały trening (ćw. siłowe + aeorobowe) tak, żeby był efektywny, ale nie morderczy. Jeżeli do tego dodasz małe przeorganizowanie diety i jakieś mazidło odchudzające w stylu Eveline, to myślę, że do Sylwestra jest szansa na efekty :)
przy marszu chyba raczej nie będę miała tętna 120-130, poza tym maszerowanie jest nudne ;) to jeśli będę biegać mniej niż 20min to nie schudnę? a może to moje bieganie podciągnąć bardziej pod hiit?
dlaczego nie można biegać codziennie? chodzi tylko o regenerację? mi się wydaje, że to moje bieganie nie jest aż tak intensywne żebym musiała aż dwa dni odpoczywać.
dietę mam powiedzmy zbilansowaną, a na siłownie nie mam możliwości teraz chodzić, mogę jedynie zrobić sobie domowy a la trening obwodowy.
Hiit chociaż bardzo popularny zostawiłabym jednak osobom o naprawdę dobrej formie.
Tak, chodzi o regenerację. Forma nie rośnie podczas treningu, ale właśnie w okresie regeneracji. Trening jest tu tylko bodźcem. Regeneracji wymagają nie tylko mięśnie, ale też np. stawy.
mi nie zależy na wzroście formy, forma i tak wzrośnie przy okazji, ale na spalaniu tłuszczu, a tłuszcz jest spalany po 20min aerobach, czyli im dłuższy trening tym lepiej, nie?
czy przy treningu siłowym stawy nie cierpią bardziej niż przy bieganiu? bo po bieganiu nic mnie nie boli a przy wykrokach zawsze mi coś strzela w kolanach (nawet z kolanami przed palcami).
a jeśli wykonuje 6 dni w tyg na przemian aeroby i trening siłowy to jak to jest z tą regeneracją? przecież pracują te same mięśnie i stawy.
Simeri - a nie jest tak, że po prostu nie potrafisz oddychać? Piszę całkiem poważnie, na podstawie własnych doświadczeń;-)
Zawsze uprawiałam jakieś sporty, byłam w dość dobrej kondycji, ale biegać nie znosiłam i nigdy nie potrafiłam - bo właśnie natychmiast zaczynałam wypluwać płuca, w gardle zbierała mi się ślina, w piersi coś paliło itd. Ale że jestem istotą ambitną, dałam się kiedyś namówić mojemu aktualnie już mężowi na podjęcie ostatniej próby biegania. Okazało się, że się da, chociaż wymagało to ode mnie bardzo, bardzo dużego opanowania oddechu, nie myślałam właściwie o niczym innym tylko żeby go nie przyspieszać, żeby nie zmieniać tempa i nie spłycać. Za pierwszym razem to nie było przyjemne (zwłaszcza że zaczynałam w terenie pagórkowatym i biegłam koło 2 km bez przerwy), momentami wręcz bolało - ale za drugim i każdym następnym było bez porównania lepiej. Nauczyłam się panować nad oddechem naprawdę szybko, teraz najczęściej rozliczam każdy wdech i wydech na cztery kroki i jest ok. Dla mnie optymalne jest takie tempo, przy którym mogę się odezwać raz na jakiś czas, ale oracji nie poprowadzę - za to gada mąż, który biega znacznie lepiej, poza tym ma nieco dłuższe nogi;-)
Wynika z tego, że problem nie leżał w kondycji (lub jej braku), wydolności (biegałam wtedy z komputerem do biegania i tętno nie skakało mi jakoś drastycznie) tylko zwyczajnie w nieumiejętności instynktownego prawidłowego panowania nad oddechem...
I jeszcze jedno - nie zgodzę się, że biegać można w jakichkolwiek butach, moim zdaniem to absolutnie najważniejsza część stroju, zwłaszcza jeśli biega się po twardym - po prostu żeby nie zrobić sobie krzywdy. Asics'y, w których biega mauzonka, to akurat świetne buty, doskonale amortyzowane i chroniące kolana - i ja, i mąż na pewno pozostaniemy przy nich, mimo wypróbowania innych, bo różnica w odczuwaniu twardego podłoża jest ogromna. Fakt, że są przeważnie tragicznie brzydkie i nietanie (chociaż na wyprzedażach i stare modele można upolować w sensownych cenach), ale warto:) (i to nie jest reklama:))
Tłuszcz spala się od ujemnego bilansu kalorycznego. Przy tym różnica musi być nieduża, żeby nie spowolnić przemiany materii. Temu służy rozsądna dieta.
A ćwiczenia siłowe? Nasz organizm nie jest głupi. Jeśli się zorientuje, że dzienna porcja energii się zmniejszyła zacznie desperacko szukać oszczędności. Jego desperacja będzie tym większa, im więcej mu energii zabierzemy. Stąd "efekt jojo" po różnych drastycznych dietach. Co więc robi organizm? Pozbywa się nieużywanych mięśni, które nawet w stanie spoczynku wymagają dużych pokładów energii by utrzymać je przy życiu. Jednocześnie magazynuje każdą zaoszczędzoną kalorię w postaci tłuszczu, bo według niego nadchodzą chude lata. Jak mu to uniemożliwić? Przekonując go, że mięśnie są potrzebne, czyli odpowiednio dawkując trening siłowy, oraz ostrożnie obcinając dzienną dawkę energii. To w takim dużym skrócie.
Jeśli chodzi o Twój trening siłowy - dobrze, żeby ktoś ocenił Twoją technikę i dobrał obciążenia. Chociaż ja osobiście nie mogę ćwiczyć przysiadów ze względu na kolana, chociaż, jak mniemam, wiem, jak to robić :).
Trenign 6x w tygodniu dla osoby początkującej to jest dużo. Przejażdżka rowerem to co innego, ale prawdziwy trening - byłabym ostrożna.
Wydaje mi się, że zabierasz się do tego wszystkiego trochę od końca. Walka o dobrą sylwetkę to zadanie na długie miesiące i zmiana nawyków. Jestem przeciwna wszelkim akcjom "Schudnij do Sylwestra" czy "Płaski brzuch w miesiąc". Radzę najpierw opracować rozsądny, realistyczny plan. Na jednorazowe wyjście polecam raczej np. bieliznę modelującą.
dzisiaj zauważyłam, że ten odcinek na którym wypluwam płuca jest pod górkę ;) co prawda górka jest niewielka pewnie z 1% i tylko z 50m, ale już to jakąś różnicę robi, po płaskim raczej nie mam problemu.
tak, tłuszcz spala się od ujemnego bilansu kalorycznego, ale jeśli nie będzie się ćwiczyć to nie będzie spadać a może nawet wzrosnąć, bo organizm magazynuje na 'chude lata'. poza tym jeśli wysiłek będzie większy to będzie większy ujemny bilans.
ja jestem raczej szczupła, chcę sobie wyrzeźbić uda i pośladki - spalić trochę tłuszczu żeby cellulit się zmniejszył.
wiem, że to co robię jest trochę chaotyczne, ale nie mam na razie możliwości wprowadzić rygorystycznej diety ani chodzić na siłownię czy inny aerobik. pocieszam się faktem, że kiedyś ludzie nie znali takich wynalazków, a chudli i byli zdrowi. :)
Gdyby wszyscy byli chudzi i zdrowi, to nikt by takich wynalazków nie wymyślał ;). Poza tym kanon sylwetki zmieniał się przez ostatnie dziesięciolecia. Jeśli, jak piszesz, jesteś raczej szczupła i chcesz sobie tylko trochę wyrzeźbić to czy tamto to myślę, że bieganie od czasu do czasu i proste ćwiczenia w domu jak najbardziej Ci się przysłużą. Życzę powodzenia w osiągnięciu celu, ale radzę pamiętać, że ewentualna kontuzja tylko Cię oddali od niego (tak, wiem, mi też się kiedyś wydawało, że to może spotkać wszystkich, tylko nie mnie ;) ).
Jeśli chodzi o buty - też są dwie szkoły. Coraz częściej mówi się o butach bez amortyzacji, które jak najmniej zmieniają naturalne zachowanie stóp podczas biegu. Oczywiście wtedy nie ma mowy o lądowaniu na pięcie itd. Idea piękna i pociągająca, ale z pewnością nie polecana osobom, które dopiero zaczynają lub walczą z nadwagą.
e, to ja bym wolała ćwiczyć w domu niż wypluwać płuca i się męczyć xD
witam. ja tak troche by the way, ale czy ktoś może ma ten stanik shock absorber B4490? i jesli normalnie nosze 70G , czy 32F w angielskim to taki sam zamowic z absorbera? bo czytalam gdzies ze lepiej zamowic ciut luzniejszy bo naprawde mega scisle sa. z gory dziekuje za odpowiedz
oj WF to tragedia - mam 75H. w dodatku miałam pare problemów ze zdrowiem ale WFistów mało to obchodziło
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.