Jak to w końcu było z tym paleniem staników?
W marcowy Dzień Kobiet ulicami większych miast przeszły Manify — marsze kobiet (i nie tylko) organizowane przez środowiska feministyczne. Wiele kobiet, chociaż popiera postulaty równości płacowej, dostępu do antykoncepcji, bezpłatnych znieczuleń przy porodzie i edukacji zdrowotnej, na tego typu manifestacje nie wybiera się z jednej przyczyny. Nie chcą być kojarzone z tymi okropnymi feministkami, które: nie lubią facetów, nie golą nóg, nie dbają o wygląd, a na dodatek — palą staniki...
Do feministek przylgnęło bowiem sporo stereotypów, a samemu ruchowi brakuje spójnej strategii komunikacyjnej, która oczyściłaby go z idiotycznych mitów, jak ten o paleniu bielizny. A jak właściwie było naprawdę? Czy feministki paliły staniki?
Prawdziwa historia jest taka: w 1968 roku nieformalna grupka kobiet chciała zwrócić uwagę na uprzedmiotowienie kobiet w amerykańskiej kulturze i postanowiła oprotestować pokaz piękności Miss America w Atlantic City. Dziewczyny wyposażone w transparenty z hasłami „Women's Liberation” (Wyzwolenie Kobiet), „Let's judge ourselves as people” (oceniajmy siebie jako ludzi) i „Can make-up cover the wounds of our oppression?” (czy makijaż przykryje ślady naszej opresji?) urządziły pikietę przed budynkiem, w którym miały odbyć się wybory najpiękniejszej Amerykanki.
Przygotowały także blaszaną beczkę na „kobiece narzędzia tortur”. W ramach happeningu wrzucały do niej sztuczne rzęsy, egzemplarze Playboya, pasy wyszczuplające, pończochy, patelnie, rondle, mopy — a także biustonosze. I to właśnie z powodu tej beczki do feministek przylgnęła łatka palaczek staników.
W tych samych czasach w podobnych beczkach palono karty poboru do wojska — na znak protestu przeciwko wojnie w Wietnamie. Feministyczne zamieszanie skojarzyło się obserwującym je reporterom z takimi właśnie akcjami, więc nazajutrz w prasie pojawiły się artykuły o dzikich feministkach palących staniki. Mimo że ani jeden stanik nie został spalony!
Dziewczyny z 1968 niewątpliwie osiągnęły sukces medialny. Hasło „Women's Liberation” wymalowane na plakatach pojawiło się na ekranach telewizorów w całych Stanach, a mały happening zaistniał w masowej świadomości jako demonstracja feministek na wielką skalę. Niestety, poniosły przy okazji porażkę komunikacyjną. Pokazały się w mediach jako dzikie palaczki staników, kontestujące wszystko, co kojarzy się z kobiecością — a ta etykietka przylgnęła do całego ruchu feministycznego. Stereotyp ten żyje i dzisiaj, dzięki czemu zdarza mi się usłyszeć: „jak możesz mieć takie feministyczne poglądy i interesować się stanikami?!”
Ktoś mógłby powiedzieć, że tego rodzaju akcje psują wizerunek feminizmowi, że można przecież zaistnieć w mediach stosując subtelniejsze metody działania. Ale, ale — czy pikieta z plakatami porównującymi wybory miss z wystawami bydła rasowego (sama miewam podobne odczucia, ilekroć zdarzy mi się zobaczyć tego typu imprezy...) i wyrzucaniem artykułów kobieco-domowych do śmietnika nie jest wystarczająco subtelna? Jak bardzo konserwatywna musiała być Ameryka lat 60., skoro takie wydarzenie wzbudziło aż tak gorące emocje!
A z okazji mijającego właśnie Dnia Kobiet życzę Wam wszystkim mnóstwa wygodnych i dobrze dobranych staników — takich, których nie będzie się Wam chciało ani palić, ani nawet symbolicznie wyrzucać;)
Korzystałam z artykułu „Pageant Protest Sparked Bra-Burning Myth” ze strony NPR.


Komentarze: 74 / Dodaj komentarz »
Dobrze wiedzieć ;)
Bardzo ciekawa notka :) Nawet nie wiedziałam.
Dziekuje. I nawzajem ;)
Cieszę się, że powoli pozbywamy się nieprawdziwych stereotypów i coraz więcej kobiet będzie mogło przyznawać się do feminizmu. :-)
myślałam, że "palenie staników" dotyczy początków XX wieku ;)
pończochy jako narzędzie tortur mogą dziwić, ale moja mama właśnie w tamtych czasach nosiła pończochy i pasy do pończoch i ma spory uraz ;) teraz na pewno są o wiele wygodniejsze (nie wiem, nie nosiłam :P)
Miło od rana przeczytać coś ciekawego, a co do feminizmu, to z ciekawości w wikipedii poszukałem i pokazało mi chyba ze 14 nurtów tego ruchu. O ile można nazwać to ruchem. Właśnie w związku z tym "brakiem spójności" mam problemy ze zrozumieniem feminizmu, bo przecież można powiedzieć "feministka" i za każdym razem mieć na myśli coś innego. Niezależnie jednak od typu - dobra feministka, to ostanikowana feministka! Pozdrawiam, gratuluję, nie zasypiam.
Feminizm nie ma jednego oblicza, tylko wiele tych oblicz. Są kobiety uznające się za feministki, które sprzeciwiają się aborcji na życzenie. Powstał nawet katolicki feminizm czy konserwatywny feminizm - ten pierwszy łączy wyzwolenie kobiet z wartościami katolickimi, ten drugi - z tradycyjnymi, pokazując, że nie to nie musi być sprzeczne.
Ja osobiście mogłabym się określić jako konserwatywną feministkę,w związku z tym panie z Manify nie reprezentatują moich poglądów oprócz jednej, dwóch kwestii. Z drugiej strony kontrmanifa też w ogóle nie reprezentuje moich poglądów.
I co tu zrobić? :>
@Masza.s
Jest jeszcze sex-positive feminism, z przedstawicielkami takimi jak np. Nina Hartley;) Feminizm nie jest zresztą jedyną ideologią o wielu obliczach, ja na przykład kojarzę konserwatyzm i wartości katolickie z wypiekami mojej cioci i miłością bliźniego, a dla posępnych ubranych na czarno młodzianów, którzy stali wczoraj pod Sejmem, oznacza to wykrzykiwanie haseł "lepiej być czymś tam czymś tam niż pedałem i lewakiem".
Środowiska zgromadzone wokół Manify to też nie jest jakiś ideologiczny monolit. Najważniejsze chyba jest mówienie, że jest się feministką, żeby zdjąć z tego słowa potworne odium, które na nim ciąży, później można się dookreślić. Przecież gdyby nie feminizm, nie mogłybyśmy się kształcić, głosować ani dziedziczyć, a dostęp do internetu wydzielałby nam bokobrodziasty pan małżonek;) Jeśli ten internet w ogóle by powstał;)
Masza, manify nie są jednorodne światopoglądowo - chadzają tam np. zwolenniczki parytetu i osoby, którym się na tę koncepcję nóż w kieszeni otwiera. To nie jest tak, że "panie z manify" reprezentują jakiś konkretny zamknięty zestaw poglądów i jak się z nimi nie zgadzasz w 100%, to w ogóle, spadaj na drzewo.
A co do palenia staników jeszcze: dziś rano w TOK FM był wywiad z Joanną Senyszyn, jakby nie było czołową feminizującą polityk polską i co powiedziała? Że "dzisiejsze feministki nie palą już staników, już nie!" No kurka - ale one ich nigdy nie paliły!
Widzisz, tylko ja nie stanę w jednym szeregu z osobą popierającą legalizację aborcji. Bo nie. Nie stanę w jednym szeregu z osobą popierającą parytet ( bo też mi się nóż w kieszeni otwiera). Nie stanę w szeregu z młodzieżą słodko rzucającą "feministki to nazistki" i "każda inna, wszystkie brzydkie", bo nie. Stanę w szeregu tylko na płaszczyźnie, na której mogę się dogadać. Nie będę chodziła za plakatem z "bezpieczną, legalną aborcją", bo nie chcę być z tym utożsamiana, tak samo, jak nie chcę być utożsamiana z czymś, co np. uderza w moją wiarę czy wiarę moich bliskich. Popieram edukację kobiet, popieram ich prawo do wyborów, popieram znieczulenie w czasie porodu, popieram to, aby kobiery były w pracy doceniane tak jak mężczyźni. Tylko do tego są różne drogi. Ja nie mogę stanąć obok kogoś, kto w pewnej ważnej kwestii reprezentuje inne stanowisko niż ja. Po prostu, taką jestem osobą. Więc to nie chodzi o to, że ja nie byłabym przyjęta - to chodzi o to, że ja tych poglądów nie przyjmuję.
Dlaczego ja określam się jako feministkę, owszem, ale konserwatywną, której bliskie są wartości tradycyjne, takie jak Rodzina także. Nie sądzę, by kobieta, która zostaje w domu z dziećmi była mniej ambitna niż ta, która wybiera pracę - uważam, że to wybór jej i jej partnera/małżonka. Z drugiej strony nie uważam, że każdy musi mieć dzieci - to też jest kwestią wyboru, wyboru przed zajściem w ciążę. Dlatego, że traktuję kobiety jako istoty myślące, w związku z tym umiejące ponieść konsekwencje swoich czynów. Parytet jest pomysłem całkowicie sprzecznym z wizją rządu czy państwa, jaką mam w swojej głowie - tutaj popieram wolność. Nie obchodzi mnie, czy będą mnie reprezentować kobiety czy mężczyźni w rządzie, jeśli reprezentują jakieś tam moje poglądy, bo to jest dla mnie istotne.
I co mam zrobić? Bo środowisko Federy przywłaszczyło sobie "feminizm" trochę. A ja nie chcę mieć z nim wiele wspólnego, bo nie zgadzam się na o wiele ważniejszych płaszczyznach niż te, w których się zgadzam.
A dobrze dobrane staniki są ważne niezależnie od poglądów. :)
Z okazji dnia kobiet w mediach było podawanych sporo wiadomości w serwisach informacyjnych (np. Wiadomości w TVP1). Miałam zatem okazje obserwować jak faceci w moim domu reagują na tego typu informacje. I...czuję, że woleliby słyszeć, że "w dniu kobiet panie dostają kwiaty i są z tego powodu rade". A że panie śmią w tym dniu protestować, to już im (facetom)nie pasuje trochę. Wiecie, faceci pewnie woleliby być tylko i wyłącznie chwaleni, za to że się pamięta o święcie kobiet, a to przepuszcza panie w drzwiach, ale o postulatach zmian głoszonych przez panie woleliby nie słyszeć.
I tutaj w nawiązaniu do treści notki mogę napisać, że (nie wiem czy akurat ten event, o którym pisze autorka, czy jakiś inny) happeninig jako formy demonstracji poglądów feministycznych ma ten minus, że kojarzy się za bardzo z " narzekaniem" (nie wiem jakie słowo byłoby bardziej odpowiednie). Jasne, że rozumiem, że jest na co "narzekać" i że trzeba "narzekać", ale może w jakiejś innej formie? Chodzi mi o to, że już początek relacji z feministycznych happeninigów mówi często wszystko o tym co będzie w dalszej części materiału tj. że jest zbyt kojarzone.
W rezultacie przeciętny facet obejrzawszy nawet parę takich "reportaży" zapamiętał tylko 1: feministki znowu czegoś chcą/znowu szukają dziury w całym.
Natomiast nie zapamiętał ważniejszego: CZEGO CHCĄ kobiety, O CO WALCZĄ.
Podsumowując: dla tego nie biorę udziału w manifach. Bo są one kojarzone z samym tylko występowaniem "przeciwko" ale już jeśli chodzi o akcentowanie "przeciwko CZEMU" to z tym jest w mojej ocenie gorzej.
C.D.
W pewnym stopniu udział w manifach (znowu nie wiem jakiego użyć słowa, bo "piętnuje" to zbyt dużo powiedziane) dla mnie by oznaczał, że moi koledzy przykleili by mi łatkę feministki i już nie chcieli dyskutować, bo domniemywaliby, że moje poglądy są po prostu zawsze takie jak ruchów feministycznych. A tak, rozmawiają ze mną, pytają o moje zdanie na temat, mimo, że wiedzą że poglądy mam właśnie feministyczne.
No i muszę dodać, że do piętnującego oddźwięku samookreślenia się jako feministka przyłożyły rękę także polskie działaczki feministyczne np. K. Szczuka. Zakładając, że robi ona coś dobrego dla kobiet w Polsce, czyni tez im szkody. Bo ja np. wczoraj przeczytałam całkiem sensowny wywiad z nią chyba na wp. Ale co z tego, że sensownie gada skoro kojarzona jest z docinkami pod adresem uczestników "Najsłabszego ogniwa", całowaniem mężczyzn w rękę. Rozumiem, że w ten sposób w ogóle zwraca uwagę na ruch feministyczny w Polsce, ale jednocześnie robi mu kuku. Jaki? Ano takie, że zapewne część kobiet nie chce być z nią kojarzonych choćby poglądy miały podobne. Utrwala wizerunek (przepraszam, za wyrażenie) feministki-wrednej suki. Podobnie Izabela Jaruga-Nowacka, czy inne. Gdy byłam na debatach z udziałem tej ostatniej po prostu paliłam się ze wstydu pod wzrokiem moich kolegów. Mają one w sobie tyle jadu.
Moim zdaniem działaczki feministyczne popełniają ten błąd, że używają męskich metod: agresywnej walki słownej itp. Tymczasem w mojej ocenie takie zachowania wcale nie bardzo leżą w kobiecej naturze (nie żebym myślała, że kobiety są uległe czy coś, odwrotnie: kobiety znacznie lepiej opanowały komunikację interpersonalną i mogłyby wiele osiągnąć wykorzystując to, czyli: kobiety wcale nie muszą być bardziej męskie by móc być równym rozmówcą dla mężczyzn, przeciwnie: mogłyby wykorzystać swoje atuty [i w tym miejscu zgłaszam postulat feministyczny: czemu zwrot "kobiece atuty" kojarzy się-nawet mi-z wyglądem zewnętrznym, jakby kobiety nie miały żadnych innych zalet poza wyglądem]). Natomiast korzystanie przez feministki z męskiego arsenału sposobów dotarcia do opinii publicznej zdarza się, że powoduje, że w obronie praw kobiet stają nie stricte kobiety a albo mężczyźni albo feministki (postrzegane jako coś na wzór pół kobiety, pół mężczyzny).
C.D.2
Teraz jeszcze moje 2 uwagi z życia:
1) wkurza mnie, że jeden z moich ćwiczeniowców mówiąc o potrzebie szanowania kobiet używa słowa "my" (w sensie, że istnieją kobiety i "my" jakby zwracał się tylko do mężczyzn-zajęcia są koedukacyjne);
2) np. w wiadomościach w reportażu o manifie, po pokazaniu samej demonstracji pytają o opinię przechodzącą parę, czy tylko pana a pokazują parę A kto odp na pytanie: co myśli o manifie?
Facet oczywiście,a kobieta wtula się w jego ramię.
Rozumiem, że żyjemy w męskim świecie, ale mogliby chociaż z okazji dnia kobiet pytać o poglądy w takich sprawach właśnie panie, bo to ich pogląd na manify jest chyba ważniejszy niż mężczyzn.
Dziewczyny, sorry, że tak się rozpisałam, ale akurat miałam potrzebę wyrzucenia z siebie moich opinii o działaniach feministek z okazji dnia kobiet.
Zgadzam się w wielu miejscach z Maszą.m
A tak na marginesie to dla mnie wzorem feministki jest moja babcia:
bo ma w swoim związku taki status jaki chciałyby mieć feministki. I to nie z powodu wpływu ruchu feministycznego, ale z powodu...myślę, że wpływu społeczeństwa lat 40 (zauważcie jak wiele babć i dziadków chodzi po miastach pod rękę, jak wiele babć w wielu mojej babci jest szanowanych przez swoich mężów o wiele bardziej niż żony z pokolenia moje mamy czy mojego).
Właściwie to z Maszą.m zgadzam się tylko co do tego, że też popieram tylko część żądań feministek.
Na pewno nie zgadzam się z tym co napisałaś:
"Nie obchodzi mnie, czy będą mnie reprezentować kobiety czy mężczyźni w rządzie, jeśli reprezentują jakieś tam moje poglądy, bo to jest dla mnie istotne"
Wiesz dlaczego? Bo powołując się na Santoriego: Ty piszesz o stricte wolności/demokracji a ja o wolności/demokracji z zabezpieczeniem praw mniejszości.
Głupio tak pisać o prawach kobiet jako o prawach mniejszości, gdy w rzeczywistości kobiety stanowią większość. Ale sądzę, że tak trzeba.
To co piszesz:
"Nie obchodzi mnie, czy będą mnie reprezentować kobiety czy mężczyźni w rządzie, jeśli reprezentują jakieś tam moje poglądy, bo to jest dla mnie istotne"
Jest pięknym założeniem teoretycznym. Świadczy o pewnej przewadze kobiet nad mężczyznami: kobieta może spokojnie zagłosować na faceta, bo ceni jego kompetencje, poglądy.
Ale niestety w takiej samej sytuacji (np. w wyborach do parlamentu, gdzie najważniejszy jest głos na partię, mniej ważny na kogo z tej partii) facet chcąc zagłosować na partię postawi najprawdopodobniej krzyżyk przy facecie z tej partii. Czasem dla tego, że facetów na listach wyborczych jest po prostu więcej (czyli z rachunku prawdopodobieństwa), częściej jednak celowo.
Dlatego ja głosując na partie stawiam krzyżyk przy kobiecie, bo wiem, że niewielu facetów to zrobi (a równość musi być).
Poza tym sądzenie, że rzeczywiście facet tak samo jak kobieta zadba o Twoje prawa jest wg mnie błędem.Faceci mają przecież swoje priorytety.
Niby dlaczego miałoby tak być?
Odwrotnie: niby dlaczego kobieta nie miałaby Cię lepiej reprezentować niż facet?
I tu dochodzę (obok wnioskowania o motywach głosowania kobiet na mężczyzn w wyniku ich skłonności do idealizowania sprawy-typu "ważny człowiek a nie płeć") do drugiej przyczyny niedostatecznego udziału kobiet w życiu społecznym: kobiety nie rozumieją, że będąc większością są mniejszością. Bo oddają władzę w ręce mężczyzn.
Nie chcę pisać, że kobiety z zawiści nie oddają władzy w ręce kobiet (bo przecież sama jestem kobietą). Napiszę, że kobiety same nie dają szans innym kobietom, bo liczą, że mężczyźni dadzą kobietom te szanse (jakieś niesiłowe ministerstwo może i dadzą).
Dodam jeszcze jedno: swojego czasu koledzy z młodzieżówki jednej partii usilnie namawiali mnie do zapisania się do ich partii.
Nie miałam wtedy w ogóle czasu. Poza tym: po prostu nie chciałam.
Po dłuższej rozmowie przyznali dlaczego to robią (mnie namawiają). Otóż wyższy współczynnik feminizacji ich partii jest lepiej postrzegany przez władze tej "dorosłej" partii.
Rozumiecie dziewczyny?
Do polityków doszło, że trendy jest mieć panie w partii.
Ciekawe kiedy do pan dojdzie, że jeśli same nie zadbamy o swoje interesy to tak naprawdę nikt za nas tego nie zrobi, bez względu jak bardzo byśmy chciały.
Ja na prawdę bym chciała żeby np. ministrem finansów była kobieta. A czemu nie? Kobiety mogą i potrafią decydować nie tylko o in vitro, aborcji, ale także ważnych sprawach dla państwa.
Myślę, że tą drogą powinien pójść ruch feministyczny w Polsce.
Dlaczego?
Bo jeśli ruchy kobiece ciągle będą ograniczać się do dążenia do np. finansowania antykoncepcji to ciągle do ich postulatów będą się przyłączać raczej tylko kobiety (a nie mężczyźni).
A ja sądzę, że prawdziwe równouprawnienie to nie tylko refundacja znieczulenia, ale także kobieta na ważnym stanowisku państwowym.
Dlaczego?
Bo o jakim równouprawnieniu możemy mówić, gdy kobiety decydują tylko o "kobiecych" sprawach (jak się postrzega np. aborcję).
W mojej opinii tyko kobieta decydująca/na stanowisku dotyczącym tak samo kobiet jak i mężczyzn jest jakimś gwarantem równości.
Zobaczcie: kobiety są lepiej wykształcone. Czemu więc tak mało jest rektorów, dziekanów kobiet?
się rozgadałam
Asiabudyn, już była minister finansów - Zyta Gilowska, a wcześniej Teresa Lubińska.
ja tak z innej strony- swiadomie i z ochota uciekam do czegos, czego chcialy sie poniekad wyzbyc feministki i przez co czuly sie torturowane- ponczoch. i to niekoniecznie nowych i wygodniejszych ale starych i nylonowych ;)
mysle, ze taki smietnik na narzedzia tortur byl zbedny (bo do dzis sa jakies echa tego albo nie do konca echa, jak z tymi stanikami i utrwalaja jakis dziwny stereotyp feministki), ale postulaty sluszne.
Kolejny świetny artykuł na balkonetce.
Myślę, że jest sens podejmować takie działania jak np Manifa, bo są efekty. Rząd już zrobił nam prezent na dzień kobiet i powiedział, że nie poprze planów regulacji zapłodnienia in vitro wg posła Gowina.
Wszyscy uczepili się tych staników, a - jak piszesz - żaden nie został spalony. Wydaje mi się, że poruszyło ludzi samo palenie czegokolwiek lub jeszcze ogólniej - sama manifestacja. Tak, mi też wybory miss kojarzą się z wystawami bydła rasowego albo wystawami psów. Psy tez odpowiednio się strzyże, czesze, sprawdza długość ogona w stosunku do pyska itp. Na wyborach miss - długość nóg, włosów (krótkowłose przegrywają na starcie), wymiary itp. A wszystko po to, żeby zadowolić kilku zaślinionych jurorów. Lubię, jak kobieta, popatrzeć na ładne kobiety tak samo jak na przystojnych mężczyzn, bo piękno pociąga mnie jako takie, ale niech kobieta i mężczyzna będą traktowani z godnością. Na konkursach miss tej godności chyba jednak się dziewczynom odmawia.
Asiabudyn, Zyta Gilowska była minister finansów. Nie chce mi się za tym specjalnie szperać, ale coś mi się kojarzy, że jeszcze jedna pani też piastowała to stanowisko.
Ach, chciałam odpisywać na komentarze kolejno i nie zauważyłam, że mauzonka już odpowiedziała, przepraszam za dubla ;)
Jażeli dziewczyna startuje w wyborach Miss to widocznie tak chce. I nie nam to oceniać. Nikt Was do tego nie zmusza.
Uważam, że każdy pracuje na własny rachunek. To nie jest wina mężczyzn, że jesteśmy postrzegane (kobiety) tak a nie inaczej. Zbyt słabo walczymy, może niekotre z nas wogóle nie? Może złych środków używamy?
To od nas, kobiet, zależy jak będziemy postrzegane.
Zauważyłam, że wiele kobiet traktuje słowo "feministka" jako jedną z najgorszych obelg, a przez część mężczyzn słowo to jest właśnie w roli obelgi używane. Nie są to rzadkie przypadki, spotykam się z tym mniej więcej raz na tydzień. Ostatni raz słyszałam to w piątek z ust studentów i studentek SGH.
Zastanawiam się, co w takim razie da tych osób oznacza słowo "feministka". Jestem pewna, że nie to, co mamy tutaj na myśli, czyli "kobietę świadomą swoich praw, domagającą się ich przestrzegania". Macie jakieś pomysły? Oczywiście rzetelnie na to pytanie mogłoby odpowiedzieć tylko badanie opinii osób używających słowa "feministka" jako obelgi.
Skojarzenia, które w opinii publicznej łączą się ze słowem "feministka", dobrze odzwierciedlają opinię o feministkach i feminizmie w ogóle. Jeżeli słowo "feministka" jest używane jako synonim wyrażenia "ty głupia, wredna, brzydka pseudokobieto, która chce odebrać mężczyznom ich święte męskie prawa", to znaczy, ze obraz feministek i feminizmu w społeczeństwie nie jest, delikatnie mówiąc, zbyt korzystny.
Co zrobić, by taki stereotyp zmienić? Myślę, że poczekać:) Poczekać i przyznawać się do określenia "feministka". Myślę, że zadziała efekt częstości kontaktu i społeczeństwo oswoi się z tym strasznym słowem na F, zwłaszcza, jeżeli tym słowem zacznie określać się coraz więcej mądrych kobiet w otoczeniu rzeczonego społeczeństwa:)
Co do Manify - na manifestacje nie chodzę w żadnej, choćby najświętszej sprawie. Myślę, że jest więcej osób, które na nią nie poszły, bo chociaż utożsamiają się z ideą Manify, mają uczulenie na udział w marszach.
(...)„kobiece narzędzia tortur”. W ramach happeningu wrzucały do niej sztuczne rzęsy, egzemplarze Playboya, pasy wyszczuplające, pończochy, patelnie, rondle, mopy — a także biustonosze."
Mi się wydaje, że jak kobieta nosi szcztuczne rzesy (pasy, ponczochy itp), rozbiera sie do sesji to robi to dla siebie. :-)
asiabudyn11 "Moim zdaniem działaczki feministyczne popełniają ten błąd, że używają męskich metod: agresywnej walki słownej itp. Tymczasem w mojej ocenie takie zachowania wcale nie bardzo leżą w kobiecej naturze (nie żebym myślała, że kobiety są uległe czy coś, odwrotnie: kobiety znacznie lepiej opanowały komunikację interpersonalną i mogłyby wiele osiągnąć wykorzystując to, czyli: kobiety wcale nie muszą być bardziej męskie by móc być równym rozmówcą dla mężczyzn, przeciwnie: mogłyby wykorzystać swoje atuty [i w tym miejscu zgłaszam postulat feministyczny: czemu zwrot "kobiece atuty" kojarzy się-nawet mi-z wyglądem zewnętrznym, jakby kobiety nie miały żadnych innych zalet poza wyglądem]). Natomiast korzystanie przez feministki z męskiego arsenału sposobów dotarcia do opinii publicznej zdarza się, że powoduje, że w obronie praw kobiet stają nie stricte kobiety a albo mężczyźni albo feministki (postrzegane jako coś na wzór pół kobiety, pół mężczyzny)."
podajesz dokładnie takie argumenty jak mężczyzni, którzy wyzywają feministki od brzydkich babochłopów.
skąd przekonanie o tym co leży w kobiecej naturze a co nie?
skąd przekonanie, że to kobiety są lepsze w komunikacji interpersonalnej?
myślę, że działa tu stereotyp mężczyzny, który jest od załatwiania spraw- może niedelikatnie ale za to skutecznie i kobiety, której rolą jest mediowanie i dbanie o dobre samopoczucie innych (co wiąże się też z uległością).
ma on pewne oparcie w rzeczywistości, bo tak na przestrzeni wieków ukształtowały się role społeczne mężczyzn i kobiet.
nie rozumiem tylko dlaczego teraz, jak walczymy przecież z krzywdzącymi stereotypami kobiecie, która powie coś stanowczo zamiast wszczęcia z nią sensownej dyskusji zarzuca się "przeczenie kobiecej naturze".
i do tego takie słowa padają nie tylko z ust facetów otwarcie przyznających się do "tradycyjnego" poglądu na płciowe role społeczne ale i kobiet takich jak ty.
zauważcie, że mężczyznom rzadziej zarzuca się brak męskości i nie robi się tego zwykle by zamknąć im usta i sprowadzić do parteru w dyskusji. stwierdzenie "ja cię nie będę słuchał/a bo ty jakiś męski jesteś" zostałoby potraktowane niepoważnie (nie mówię tutaj o homoseksualistach bo to zupełnie odrębna sprawa).
dziwne, że stwierdzenia w stylu "ja cię nie będę słuchał/a bo ty jakaś taka męska i niekobieca jesteś zupełnie, a to odrażające w swojej nienaturalności" pojawiają się i to jeszcze są akceptowane zarówno przez mężczyzn jak i kobiety.
w polityce przy obecnej kulturze debaty politycznej po prostu trzeba czasem krzyknąć by zostać zauważonym. można skarżyć się na to, że na arenie politycznej po prostu nie ma miejsca dla "typowo kobiecych" metod działania, można to nazywać też inaczej- ale taki są fakty i trzeba się do nich przystosować. "kobiece metody działania" niezależnie od tego czy leżą w naszej "naturze" czy nie nie mają tu racji bytu.
Ireno - myślę, że ten negatywny stereotyp feministki łączy się przede wszystkim z przypisywanymi im radykalizmem i agresją. Ja się na przykład w swoim środowisku niedawno starłam z grupą dziewczyn o dość radykalnych poglądach, których - przy całej mojej sympatii do głosicielek - podzielać nie jestem w stanie, bom jest człowiek bezkonfliktowy, spokojny i "zawsze pośrodku". One za to mają potrzebę silniejszej kontestacji i na tym gruncie się czasem kłócimy. Zapewne wiele spraw w praktyce urządziłybyśmy podobnie, ale temperamenty w dyskusji mamy zupełnie różne.
I to jest chyba problem feministek. Te "najbardziej kojarzone" i najgłośniejsze są radykalne, miejscami agresywne i miewają postulaty, z którymi osobom spoza ich grupy trudno się utożsamić (np. nawoływanie to zmian stereotypów płciowych w języku - moim zdaniem to się będzie zmieniać przez lata, a i tak się do końca nie zatrze, a one by chciały ad hoc). Wiele kobiet nie rozumie, czemu miałyby kruszyć kopie o to, czy ktoś mówi "pani prawnik" czy "prawniczka".
Z drugiej strony - zastanawiam się, czy gdyby nie radykałki, to osoby o temperamencie zbliżonym do mojego nie zostałyby całkowicie zlekceważone jako słaba grupa nacisku. Można by strywializować i powiedzieć, że radykalne feministki mało kto lubi, a z umiarkowanymi mało kto się liczy.
Przepraszam za chaos w wypowiedzi. Jeśli będzie trzeba coś uściślić, zrobię to z przyjemnością.
masz rację. feministek można albo nie lubić (gdy krzyczą) albo nie zauważać (co jest opcja wygodną i pożądaną, bo duża część społeczeństwa trywializuje równouprawnienie i sprawy kobiece i uważa, że politycy powinni się zajmować tak zwanymi "poważnymi sprawami").
dlatego żeby zaistnieć jako feministka trzeba krzyczeć by zwrócić na siebie uwagę.
nadal jednak mam wrażenie, że gdy kobieta próbuje zwrócić na siebie i swoje postulaty przysłowiowym krzykactwem to jest to znacznie bardziej negatywnie odbierane niż jak takie metody stosuje mężczyzna. i to jest idealny przykład na to, że kobiety nadal są dyskryminowane w społeczeństwie.
jeśli chodzi o postulaty językowe- nie uważam, żeby był to jakiś ważny postulat. i też feministki wcale tak dużo o tym nie mówią. mam wrażenie, że pewnego razu po prostu zostało to nagłośnione i od tej pory każdy przeciwnik feministek powołuje się na ten przykład.
myślę też, że większośc zdaje sobie sprawę z faktu, że nie można zmienić języka jednym artykułem w prasie.
chodzi o coś zupełnie innego- o pokazanie społeczeństwu, że nierówność płci widać również w języku codziennym i tym samym wykazać jak bardzo jest ona zakorzeniona w naszej kulturze.
@feministki, które stosują "niekobiece" metody
Sądzę, że, mimo wszystko, Polki są już na tyle wyemancypowane, że można śmiało przyjąć, że Kazimiera Szczuka albo Izabela Jaruga-Nowacka po prostu takie są, taki mają temperament, a nie przebierają się za mężczyzn, żeby coś osiągnąć. Zresztą akurat im trudno zarzucić babochłopowatość, obie są atrakcyjne i atrakcyjność tą podkreślają ubiorem, Jaruga-Nowacka chyba od zawsze, Szczuka od czasu, jak się "umedialniła". A że są bezpośrednie, zdecydowane czy złośliwe - to chyba akurat nie są tradycyjnie męskie cechy.
@radykalne, agresywne feministki
Odnoszę wrażenie, zresztą ta dyskusja też to potwierdza, że dużo Polek ma poglądy feministyczne lub problematyka feministyczna nie jest im obca, natomiast tylko te bardzo pewne siebie, z zacięciem polemicznym i nieobawiające się tego, że będą odstawać od średniej, mówią o sobie otwarcie: "jestem feministką." A te łagodne i wyważone wolą stosować różnego rodzaju obejścia, opisywać precyzyjnie, co im się w ruchu feministycznym podoba, a co nie i tak dalej. I to przekłada się na większą widoczność radykałek. Prawdę mówiąc to chyba nie jest duży problem, ponieważ dla mnie ważniejsze od nazewnictwa są realne zmiany zachodzące w społeczeństwie. Pamiętam, jak na początku lat 90-tych Gazeta Wyborcza wprowadziła dodatek dla kobiet pt. "Femina", którego dział "listy do redakcji" błyskawicznie wypełniły wypowiedzi czytelniczek zatroskanych tym, że "femina tak nieładnie się kojarzy... z feminizmem...". Teraz "Wysokie obcasy" o umiarkowanie feministycznym profilu chyba podobnych listów nie otrzymują.
@konkursy piękności i wszelkie formy upiększania się przez kobiety
Inna jest nasza percepcja takich konkursów w czasach, kiedy jest to po prostu jedna z wielu opcji robienia przez kobietę kariery i tworzenia własnego wizerunku. Teraz nie wyrzuciłabym przez okno wszystkich swoich kiecek, staników i kosmetyków, ale gdyby całe moje otoczenie sugerowało mi, że mam być piękna, zadbana i spędzać większość czasu z dziatkami w domu ze szczególnym uwzględnieniem kuchni (nie krytykuję takiego modelu kobiecości, ale na pewno nie dla każdej kobiety stanowi on drogę do szczęścia), to kto wie.
Świetny temat na dzień kobiet - za kazdym razem kiedy słyszę o paleniu staników, to nie wiem, czy podawać adres do strony o legendach miejskich, czy pozwolić pianie spokojnie toczyc się z pyska.
Moja promotor, której zresztą zawdzięczam zapoznanie się z feminizmem, używała określenia "kobieta uświadomiona feministycznie". I uważam, że ono jest całkiem na miejscu, bo w końcu nie każda kobieta musi byc feministką, nie każda musi byc działaczką. Oby tylko każda kobieta zdawała sobie sprawę, jak ponad 150 lat feminizmu przyczyniło sie do poprawy jej zycia, działania aktwistek byłyby dużo łatwiejsze.
Ja akurat od liceum chodziłam co roku na Manify i teraz nie poszłam tylko dlatego, że jestem daleko od Warszawy. Mogę podać Wam przykład aktywnych, mających wspaniałe inicjatywy prokobiece feministek, które działają w fundacji MaMa, zajmującej się problemami matek (urlopy, problemy w pracy, dostęp do opieki medycznej czy choćby nieprzyjazna wózkom architektura miejska) oraz wychodzą z inicjatywą dla rodziców (np. cykl seansów w kinie Muranów, mamy oglądają filmy dla siebie, dziećmi opiekują się wolontariusze, bo ile można chodzić na kreskówki, czy tworzą spis miejsc przyjazych rodzicom z dziećmi np kawiarni). I popierają biuściastą inicjatywę! Swoją drogą jej szefowa Sylwia Chutnik, została nagrodzona w tym roku Paszportem Polityki w dziedzinie literatury za książkę "Kieszonkowy atlas kobiet".
Zatem naprawdę dużo feministek naprawdę działa i stara się zerwać ze stereotypami. A ja zawsze z dumą mówiłam o sobie "feministka"- dla mnie nie jset to negatywne słowo. I lobby też jest feministyczne, kobiety-kobetom. I proszę nie stawiać znaku równości między słowami feministka a zwolenniczka aborcji na życzenie - świat jest bardziej skomplikowany, a porównanie niesłuszne w wielu przypadkach...
Lobby jest na wskroś feministyczne i muszę powiedzieć, że obłędnie mi się ten rodzaj feminizmu podoba :). Bo Lobby jest takim głośnym okrzykiem, że dobrze jest być kobietą i czuć się komfortowo w swoim ciele. Osobiście nie wyobrażam sobie, jak można walczyć o prawa kobiet, jednocześnie czując się źle w swoim - kobiecym przecież - ciele. To by była jakaś wewnętrzna sprzeczność.
Dla mnie feminizm jest zalozeniem, ze kazdy czlowiek ma prawo do wyboru dowolnej drogi zyciowej, mozliwie zgodnej z jego zdolnosciami, przekonaniami i potrzebami, a jego placa powinna byc adekwatna do jakosci jego pracy. Uwazam, ze nikt nie powinien byc z jakiegos miejsca wypychany czy w jakies miejsce wpychany tylko z racji plci. Owszem zeby zostac gornikiem dolowym trzeba miec odpowiednia sile, ale jesli trafi sie krzepka kobieta, ktora sobie taki zawod chce wybrac, to dlaczego nie? A jak ktos sie chce realizowac w dlubaniu kanapeczek dla dzieci, to niech sie realizuje w dlubaniu kanapeczek, niezaleznie od zestawu chromosomow, jaki posiada.
Mowiac krotko, dla mnie to nie jest walka przeciwko, a za. Tak, zeby ogolnie sie nam zylo lepiej.
To taka moja prywatna teoria feminizmu i wg tej wykladni jestem feministka. Feminizmu, ale gdybysmy mieli przezytki matriarchalne, to bylaby to moja prywatna teoria maskulinizmu i bylabym zdecydowana maskulinistka. ;]
Bardzo podoba mi się określenie "kobieta uświadomiona feministycznie". Jak pisze Golfstrom, dobrze zdawać sobie sprawę, że sytuacja kobiet na przestrzeni ostatnich 50 lat bardzo się zmieniła na lepsze. Wyobraźcie sobie, że kobiety ze szwajcarskiego kantonu Appenzell Innerrhoden otrzymały prawa wyborcze dopiero w 1990 roku. Tak - 19 lat temu.
A ja się boję feministek :)
Tak naprawdę, to może nie całkiem, ale miałam kiedyś taką przygodę- rozmawiałam z dwoma feministkami. Jedna z nich była bardzo miła, druga- była naprawdę straszna i na pytania, na które pierwsza odpowiadała ze śmiechem i tłumaczyła pewne zasady, ta druga się... obrażała.
Było mi bardzo przykro, że kobieta nie ma specjalnie dystansu do siebie, bo przez to faktycznie- potwierdza się tylko stereotyp feministki- obrażalskiej baby.
Tak samo rozmowa Pieńkowskiej z Korwinem-Mikke, największym szowinistą roku. Zamiast przeprowadzić rozmowę spokojnie, żeby to był normalny wywiad, Pieńkowska zaczęła się pieklić i w rezultacie to ona wyszła na oszołomkę, bo to Korwin-Mikke zachował spokój.
Gdyby było odwrotnie- myślę, że Pieńkowska mogłaby udowodnić, że prawdziwych, nowoczesnych kobiet nie ruszają takie brednie. No i oczywiście mogłaby to tak mniej więcej podsumować, i sądzę, że wyszłoby lepiej.
Co do postulatów- Mój powiedział, że musi iść z tym do szefa, bo pracuje od niedawna z jakąś dziunią, która miała w CV jakieś fantastyczne treści, bo teraz się okazało,że z tego co było napisane nie umie nic. Mój musi ciągle jej pomagać i robić coś za nią. I ona zarabia znacznie więcej.
To jest akurat odstępstwo od reguły- faktycznie faceci zarabiają więcej, ale ostatnio czytałam, że Polska, jesli idzie o równość zarobków, jest na trzecim miejscu w Europie- czyli że tak naprawdę nie jest tak źle.
Ale- pozostaje zapytać- jak to było liczone? Bo jak wiadomo- od tego też wiele zależy.
p.s. ciekawi mnie, czy wśród żądań znalazły się żądania o darmowe szczepionki przeciwko rakowi szyjki macicy. Bo generalnie na razie czytałam tylko o in vitro i darmowych pigułkach antykoncepcyjnych, co może prawdziwe, może zmanipulowane, ale moim zdaniem te pigułki to głupie żądanie. (Moim zdaniem- czytaj: można mieć inne zdanie:P )
Wiesz, ja uważałam refundację pigułek za dotkliwie zbędną do zeszłęgo tygodnia. Wtedy nadziałam się na proceder przepisywania przez ginekologów Diane 35 (refundowany lek na wyrównanie poziomu męskich hormonów płciowych w organizmie, ma uboczny skutek antykoncepcyjny) jako pigułek anty. Właśnie ze względu na refundację. A stosowanie tego czegoś nie pozostaje bez wpływu na organizm :(. Jak ma się kobiecie szkodzić, żeby jej zaoszczędzić 30zł w miesiącu, to ja już wolę refundację antykoncepcji.
@ semele2
no przepisuja, ale np microgynon21 kosztuje ok 9zl, wiec mysle, ze ta babka mimo wszystko miala wybor.
niemniej jezeli nie miala problemow (tego nie wiemy) to mogla wziac jakies inne tabletki. jesli nie mogla sobie finansowo na to pozowlic to jest straszne wtedy. ale ja np jakos sobie radze bez refundacji i napewno nie jest mi to niezbedne (wiadomo, ze chcialaym oszczedzic, ale nie kosztem innych zmian ktore mzonaby wprowadzic), wiec moze uzaleznic refundacje od dochodoww gospodarstwie domowym?
wolalabym, zeby refundowali szczepionke na brodawczaka ludzkiego.
obecnie nie stac mnie nawet na jedno szczepienie z serii trzech.
gdyby to bylo mozliwe, postulowalabym nawet za tym, zeby takie szczepienie bylo obowiazkowe (tj tak obowiazkowe jak sa wszystkie szczepienia ;) ) dla mlodych dziewczyn (niestety trudno trafic z czasem, bo jedna sraci dziewictwo w wieku 15 a inna 25 lat. niemniej warto by bylo ustalic jakis wiek na szczepione i szczepic)
Zastanawiam się, dlaczego szczepionka przeciw HPV jest rozpatrywana w Polsce jako głównie feministyczny postulat. Wirus ten nie tylko jest przyczyną raka szyjki macicy, odpowiada także za inne choroby (nowotwory, kłykciny kończyste), co więcej - atakuje mężczyzn (przyczynia się do raka prącia).
Protesty wobec szczepionki to dla mnie kosmiczny absurd. Walka z HPV to medyczna konieczność, a w Polsce traktuje się ją jako "wymysł tych dziwnych feministek". Jeszcze bardziej szokują mnie pseudoreligijne argumenty przeciwko tej szczepionce - wszak osoby zaszczepione, które nie będą już miały nad sobą bicza bożego w postaci śmiertelnej choroby, z pewnością będą się oddawać rui i poróbstwu na prawo i lewo.
Wprowadzenie obowiązkowych szczepień dla dziewcząt w wieku, powiedzmy, 13 lat, przyczyni się nie tylko do zwalczania raka szyjki macicy, ale także znacznie ograniczy liczbę zakażeń wśród mężczyzn. Moim zdaniem szczepienia te powinny zostać wprowadzone do obowiązkowego kalendarza. Tylko takie rozwiązanie zapewni powszechność szczepień - bo jeżeli szczepienie byłoby nawet całkowicie refundowane, ale dobrowolne, myślę, że znaleźliby się rodzice, którzy woleliby raczej narazić dziecko na śmiertelną chorobę w przyszłości, niż pozbawić je wirusowego strażnika moralności
mauzonko:
To z ministrem finansów to był przykład tylko (ale i tak 4 panie minister finansów wśród 13 w ogóle to dla mnie za mało).
@kaniuniu: zrobiłaś doświadczenie z DWOMA feministkami, a nie z całym feminizmem. To tak jakbym ja wyrobiła sobie zdanie o facetach na podstawie dwóch niechlujów przy budce z piwem. W ogóle masz skłonność do sądów na podstawie niedokładnych informacji. O tej "dziuni" pracującej z twoim Panem Małżonkiem wiesz też tylko tylko, co ON ci na jej temat opowiadał. Być może pomaganie jej w pracy należy do jego obowiązków i trudno mu było się, jako "istocie wyższej", z tym pogodzić? ;-) Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale określając inną kobietę jako "dziunia" deskredytujesz samą siebie. Otwórz oczy siostro!
@semele
"Lobby jest takim głośnym okrzykiem, że dobrze jest być kobietą i czuć się komfortowo w swoim ciele" - genialne zdanie, normalnie nad łóżkiem sobie powieszę.. :D :)
Skoro tak mało kobiet reprezentuje nas w rządzie, jest ministrami i dziekanami, to co tu jeszcze robimy na jakichś dyskusjach? Do rządu! Już! I co dużo chętnych? Chyba nie, bo większość kobiet zwyczajnie nie chce się takimi rzeczami zajmować i nie lubi tego. Mam pchać się do zawodu zdominowanego przez facetów tylko po to żeby udowodnić komuś "kobieta potrafi"? Po co? Może i byśmy sobie poradziły, ale jakoś tego nie robimy. Ja kiedyś chciałam zostać strażakiem ;)strażaczką? nawet nie ma takiego słowa, ale równie dobrze pan w przedszkolu, bibliotece czy pielęgniarz budzą zdziwienie.
@Margorzeta: To nieprawda co piszesz. Są kobiety na rządowych stanowiskach, zobacz panią Merkel w Niemczech, albo niedoszłą kandydatkę prezydencką w Stanach panią Clinton. Powoli staje się to całkowitą normalką. Nie sądzę, by chciały w ten sposób tylko udowadniać, że kobieta też potrafi. Pan w przedszkolu, czy pielęgniarz nie budzą w wielu krajach Europy też już zdziwienia, w Niemczech na ten temat nawet się już nie dyskutuje, o męskich bibliotekarzach nawet nie wspomnę. A w Izraelu kobiety służą w w wojsku na równi z mężczyznami. Zastanawiam się, na jakiej wyspie ty żyjesz? ;-) Ale nie osądzaj reszty kobiet z twojego, ograniczonego punktu widzenia.
pierwszalitera:
Do boju, do boju, do boju!
Pokaż nam, ograniczonym i ociemniałym, światło prawdziwej wiedzy!
Otwórz nam oczy i wlej w serca prawdę!
<lol>
@Margorzeta
Nie wiem, o jakich dziekanach mówisz, ale na swoich studiach (UW) miałam do czynienia w większości z kobietami, w tym z dwiema paniami dziekan i niezliczonymi paniami kierownik (pal sześć końcówki) i nie przypominam sobie, żeby którakolwiek pracowała na uczelni i piastowała odpowiedzialne stanowisko za karę. Więcej, całkiem nieźle sobie radziły.
Nie wiem również, co masz na myśli nawołując do udowodnienia słuszności haseł feministycznych poprzez walkę o wysokie stanowiska. Nie chodzi o to, żeby się wbrew swoim zainteresowaniom, ale w imię idei pakować na świecznik, tylko o to, żeby kobieta chcąca robić karierę w jakiejkolwiek dziedzinie nie mogła przegrać z mężczyzną o podobnych, jeśli nie niższych kwalifikacjach.
@kaniuniu: Pisząc " pokaż nam" masz na myśli swoje podwójne odbicie w lustrze? ;-) Mniej alkoholu, prawdy o rzeczywistości kobiety w Polsce w ten sposób nie zmienisz! ;-)
Fajnie, że powstał ten tekst. Może wreszcie do bezmyślnych stereotypiarzy dojdzie, że nie paliły tych staników, no po prostu nie ;)
Asiabudyn - pewnie nie wzięłaś tego pod uwagę, ale Twoi "koledzy" nie przypisywaliby Ci poglądów żadnego z realnych ruchów feministycznych, tylko ich własne przejaskrawione, sztuczne wyobrażenie "tych strasznych feministek". I może wtedy dałabyś sobie z takimi "kolegami" spokój, bo nie mogłabyś już mieć wątpliwości co do stanu ich umysłów.
Od bardzo bardzo dawna otwarcie okreslam sie jako feministka. I jakos nikt mi jeszcze nie przylepil latki strasznego wrednego babsztyla opetanego nienawiscia do mezczyzn. Nie jestem szczegolnie aktywna - sama rzadko stykam sie z dyskryminacja, wiec z egoizmu nie podejmuje konkretnych dzielan. Ale uwazam, ze okreslajac sie jasno jako feministka, w jakis sposob wykazuje sie jakas minimalna solidarnoscia wobec calej masy kobiet dyskryminowanych na calym swiecie.
I gdybym mieszkala w Polsce, to mysle, ze na manify bym chodzila!
Rozumiem, że są kobiety na wysokich stanowiskach, też mam do czynienia z paniami dziekan, a mam wrażenie, że UW ma panią rektor. I czy doprawdy jestem gorsza dlatego że nie mam ambicji zostać prezydentem? Uważam, że to jest właśnie nagonka, że to brzmi "jeśli nie będziesz się starała dorównać mężczyznom, zarabiać tyle co oni i mieć tych samych stanowisk to jesteś niepełnowartościowa".
Margorzeta: hola... a ktoś każe ci mieć ambicję by być prezydentem?
większość mężczyzn też nie ma.
chodzi o to, żebyś mogła tę ambicję mieć i by nie była ona postrzegana jako coś dziwnego czy niestosownego. jeśli takowej nie posiadasz żadnej presji nie ma.
poza tym chyba nie uważasz, że wszystkie kobiety są jak ty?
feministki walczą też by tak zwane "kury domowe" nie były postrzegane jako kobiety bez ambicji, które nie wykonują żadnej sensownej pracy.
a zarabianie "tyle co mężczyźni" tyczy się płac na podobnych stanowiskach. przecież nikt nie porównuje pensji eskpedientek z pensjami dyrektorów banków.
@Margorzeta: Naprawdę nie widzę innego powodu, oprócz dyskryminacji płciowej, dlaczego kobiety na tym samym stanowisku, za tą samą pracę otrzymują mniejsze pieniądze od mężczyzn. Albo męskie zawody z założenia warte są większej ilości pieniędzy od kobiecych. Jeżeli postulat równej płacy znaczy dla ciebie, że feministki starają się dorównać mężczyznom, to tak, chcę być na równi z facetem. W tej równości nie widzę niczego zdrożnego. Z tego powodu nie odpadną mi ani piersi, ani nie zacznie rosnąć penis. Feministki nie kierują się kryteriami patriarchatu typu: taka jak facet to lepsza, a bardziej kobieca to gorsza. Chodzi tylko o równość.
@I czy doprawdy jestem gorsza dlatego że nie mam ambicji zostać prezydentem?
Nie. A czy ktoś Ci sugeruje, że jesteś? Bo ja w tej dyskusji takich sugestii nie widzę.
@Uważam, że to jest właśnie nagonka, że to brzmi "jeśli nie będziesz się starała dorównać mężczyznom, zarabiać tyle co oni i mieć tych samych stanowisk to jesteś niepełnowartościowa".
Po pierwsze: Dorównać konkretnie jakim mężczyznom? Panu z kiosku na rogu? Tramwajarzowi? Aleksandrowi Kwaśniewskiemu? Oni wszyscy są mężczyznami, a ich status społeczny, zarobki i sposób spędzania czasu bardzo się różnią. Wszystkim dorównać po prostu nie sposób, a zresztą jaki byłby tego cel? :) Po drugie: zarabianie przez kobietę takich samych pieniędzy, jakie zarabia jej kolega o podobnych kwalifikacjach na podobnym stanowisku to zwykła sprawiedliwość. Po trzecie: tzw. wysokich stanowisk jest na tym świecie ograniczona ilość i nikt nie twierdzi, że ma się o nie zabijać cała ludzkość. Ale chciałabym żyć w świecie, w którym kobieta nadająca się na prezydenta i chcąca nim zostać mogła próbować to pragnienie zrealizować bez żadnych ograniczeń. I analogicznie, żeby swoje pragnienia mogła realizować kobieta, która chce prowadzić dom i zajmować się dziećmi.
Ponawiam pytanie: gdzie widzisz tę nagonkę? Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam do czynienia z feministką twierdzącą, że "typowo kobiece" zajęcia i role są gorsze (chyba nigdy, bo to taki mityczny stwór). O wiele częściej spotykam się z taką deprecjacją ze strony osób o poglądach tradycyjnych. Na przykład ze strony polityków, którzy najpierw stwierdzają, że miejsce kobiety jest w domu przy dzieciach, a później dają wyraz przekonaniu, że prowadzenie domu i opieka nad dziećmi to zajęcia nieskomplikowane i nieambitne, a przez to bezwartościowe.
pierwszalitera: co do alkoholu- nie każda kobieta pije do lustra, a już na pewno nie ja- nie mierz innych swoją miarką ;)
Kolejny raz dopisujesz sobie swoje domysły do moich wypowiedzi: Mój po pierwsze nie jest moim mężem, po drugie Mój nigdy nie uważał się i nie uważa się za "istotę wyższą". O dziuni wyrobiłam sobie zdanie widząc ją w pracy, mając z nią jako taki kontakt, rozmawiając z różnymi osobami. W obowiązkach mojego NIE ma pomagania jej, ani wykonywania za nią pracy, robi to, ponieważ ona chodzi do szefa płacząc, że jej nie wychodzi i szef prosi, żeby on pomógł. W rezultacie on później ma nawał pracy i nie może się wyrobić, a szef nie reaguje na jego argumenty, że gdyby nie musiał pomagać Dziuni, wszystko byłoby dobrze i na czas. Jeśli uważasz, że nazywając ją dziunią dyskredytuję samą siebie- cóż, masz za mało dystansu do siebie, tyle Ci powiem.
W ogóle masz skłonność do sądów na podstawie niedokładnych informacji. Otwórz oczy siostro ;)
Margorzeta: W pewien sposób Cię rozumiem, z tym że dużo racji ma Mefistofelia, prawdziwe feministki walczą też o "prawo do garów". Czasem moja mama, czy inne znane mi kobitki, burzą się, że "feministki chcą kobiet na wysokich stanowiskach", a same kobiety- czyli na przykład one- tego nie chcą.
Wydaje mi się, że faktycznie może tak jak napisała mefistofelia- feministki walczą o to, żeby "kura domowa" nie była postrzegana jako kobieta bez ambicji.
Z drugiej strony- to najczęściej media są źródłem stereotypów- i faktycznie lansują feministki jako "usiłujące za wszelką cenę zrobić businesswoman z kury domowej". Stąd się może brać u wielu kobiet dystans do feministek i ich poglądów. Bo po prostu niektóre kobiety wolą, kiedy mogą zająć się "babskimi" sprawami, a facet- "męskimi".
Zresztą- żyjemy w wolnym kraju, każdy może mieć swój pogląd na sprawę.
I tak jak w wielu innych przypadkach, tak w przypadku feminizmu- będzie on tym, jak go interpretujemy i będzie trudno go jednoznacznie określić :)
(takie jest moje zdanie)
Mniej więcej o to mi chodzi, żeby nikt mnie do niczego nie zmuszał. I żeby kobieta miał równe szanse realizować się, ale po prostu nie spodobało mi się to że tu w postach pojawiło narzekanie o stanowiska np o tu "Zobaczcie: kobiety są lepiej wykształcone. Czemu więc tak mało jest rektorów, dziekanów kobiet?" albo tu "oddają władzę w ręce mężczyzn.". poczułam się jakby jakaś sekta zaczęła mnie na siłę nawracać i kazała bić się o stołki, mimo, że ja zwyczajnie tego nie chcę.
No i fakt media kreują wizerunek feministki - wściekłej baby, bo mnie feministki kojarzą się ze wspomnianą K. Szczuką, a strasznie jej nie lubię. Może i dobrze, że jestem teraz pozbawiona TV.
@kaniuniu: O nie piłaś? To przepraszam za osąd bez dokładnych informacji. ;-) To "do boju" brzmiało tylko, jakbyś strzeliła sobie głębszego dla odwagi. Skoro masz tyle dystansu do siebie, to po co dajesz się przeze mnie wyprowadzić z równowagi? ;-) Są mniej i bardziej kompetentne kobiety podobnie jak mniej i bardziej kompetentni faceci, i to nie powód używać określenia dziunia, który sprowadza dorosłą kobietę do roli dziecka, niedorosłej dziewczynki. To typowa deskredytacja stosowana przez mężczyzn wobec kobiet- głupia jak dziecko, nie potrafiąca podejmować dorosłych decyzji, uzależniona od męskiego intelektu i pomocy. Trzeba zdawać sobie sprawę, że dyskryminacja płciowa wyraża się też w języku.
"Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam do czynienia z feministką twierdzącą, że "typowo kobiece" zajęcia i role są gorsze"
a mnie znajoma pracująca na uczelni zapytała pogardliwie, czy moją ambicją jest bycie opiekunką do dziecka :/
po pierwsze - jeśli opiekunką jest studentka pracująca dorywczo (tak jak ja wówczas), to nie ma w tym nic złego, zarabia pieniądze ciężką wbrew pozorom pracą, niestety na czarno, takie realia. ale żadna hańba
po drugie - opiekunka wykwalifikowana, po kursach, z pewnym doświadczeniem może zarabiać naprawdę spore pieniądze (w większych miastach), pracować legalnie.
z jednego forum znam kobiety, które w ten sposób zarabiają na życie, całkiem niezłe sumy.
czy można nazwać je "mało ambitnymi", tylko dlatego, że się opiekują dziećmi za pieniądze?
Skoro już o feminizmie mowa, to polecam wszystkim przeczytanie artykułu Agnieszki Graff z ostatnich WO: http://kobieta.gazeta.pl/wysokie-obca... (jak tu się wkleja aktywny link?)
pierwszalitera: no i po co cała ta dyskusja, zupełnie poza tematem? po co? Żeby mi udowodnić, że masz jedyny słuszny pogląd? <lol>
p.s. chciałabym kiedyś napisać coś, czego nie będę Ci musiała tłumaczyć z polskiego na Twoje ;)
Fajowa dyskusja! Co do określenia kogoś mianem "dziuni", to chyba normalne, że jak człowiek widzi "dziunię", to ją "dziunią" zowie? Ja tam zawsze na widok "dziuni" wołam: "O, dziunia!". To chyba najprostsza metoda radzenia sobie z rzeczywistością - nazywanie rzeczy po imieniu. Nie mogę przecież oszukiwać i siebie i dziuni, że ona nie jest nią właśnie? Oszustwem się brzydzę... No, dla jasności dodam jeszcze tylko, że mieszkam na dużej wyspie, olbrzymiej nawet, a w dodatku na górce, co powoduje, że mam nieograniczony "punkt widzenia"... Cokolwiek to znaczy, bo różnica pomiędzy punktami ograniczonymi i nieograniczonymi jest bardzo niejasna, zwłaszcza w kontekście widoku, jaki się z nich rozpościera (zwłaszcza przy dużym zachmurzeniu i ciasnych horyzontach). ;-)
Feminizm - kobiety zabierają głos w sprawie kobiet i części kobiet nie podoba się to co słyszą. W sumie normalne. Jakby ktoś w moim imieniu walczył o coś, powołując się na mnie tylko dlatego, że „my wszyscy jesteśmy dyskryminowanymi posiadaczami siusiaczków”, to by mi się też nie podobało. W ogóle takie ogólne hasła i tematoklimaty mi nie leżą. Wolałbym konkrety. Oczywiście: wolność –równość – siostrzeństwo! Ideały są ważne, ale im konkretniej, tym sensowniej. Acha! I dwiema rencami podpisuję się pod definicją feminizmu wg „turzycy” (choć tak drastycznie pomija kwestię płci, zdawałoby się centralną dla feminizmu), podpisuję się, przybijam sobie na dźwiach od mięszkania plakat ogłaszający, trąbiący urbi et trąbi mój feminizm. Pozdrawiam i gratulując pozostaję pełen uznania
@a mnie znajoma pracująca na uczelni zapytała pogardliwie, czy moją ambicją jest bycie opiekunką do dziecka :/
po pierwsze - jeśli opiekunką jest studentka pracująca dorywczo (tak jak ja wówczas), to nie ma w tym nic złego, zarabia pieniądze ciężką wbrew pozorom pracą, niestety na czarno, takie realia. ale żadna hańba
Nie znam Twojej znajomej, nie wiem gdzie studiujesz i nie wiem też, jaka jest tam sytuacja na rynku pracy, ale gdybym ja usłyszała taki komentarz, nie odebrałabym go jako pogardy dla zarabiania przez zajmowanie się dziećmi, tylko jako radę. Może po prostu Twoja znajoma uważała, że ze swoimi kwalifikacjami mogłabyś znaleźć pracę lżejszą i legalną, bliższą dziedzinie, którą zajmujesz się na studiach? To przecież ważne dla osoby, która pracę musi godzić ze studiami i nie może jej poświęcać całej swojej energii.
Nie uważam, że dyskryminacją jest nazwanie kogoś "dziunią" - jeżeli taka jest, to dlaczego jej tak nie nazwać? Jak widze "pudernice" i nazwe ja "pudernica" to tez bedzie dyskryminacja? Chcialabym zauwazyc, ze faceci tez maja "swoje" określenia na niektorych mężczyzn.
Przecież mówimy o jednostkach. Współczuje tym, który przez takowe jednostki postrzegają wszystkie kobiety/wszystkich mężczyzn - oni naprawde musza miec smutne życie. I często się irytowac...
A propos Manify - nie byłam, w ogóle nie byłam po żadnej stronie, ale widziałam zdjęcia. I to mnie zastanawia - jeśli Panie z Manify chcą być traktowane poważnie, jak mogą wdawać się w jakąkolwiek współpracę z organizacjami typu WRS - które podają się za "socjalistyczne", a tak naprawdę są po prostu komunistyczne. Jak można to traktować w jakikolwiek sposób poważnie?
@kaniuniu: Może się zdziwisz, ale wcale nie chodzi mi o ciebie, więc się już tak nie pusz.
A co do wyrażenia dziunia. Nikt nie może mi zarzucić, że unikam nazywania rzeczy po imieniu, ale akurat w kontekście podanym w tym wątku sprawa wygląda inaczej. Załóżmy, że nasza dziunia jest facetem. Upiększa sobie treściami fantastyczynymi CV, dostaje się zupełnie niezasłużenie na fajne, dobrze płatne stanowisko. Nie dosyć, że nic nie umie, to jeszcze bezczelnie wykorzystuje koleżanki, które muszą za niego wykonywać pracę. Czy takiego faceta nazwie ktoś dziunią? Albo nieporadnym chłopaczkiem? Założę się, że nie. Raczej cwanym, zaradnym spryciarzem, który doskonale wie, jak ułożyć się w życiu. Ale kobieta tak się zachowująca zostanie naturalnie głupią dziunią. Subtelna różnica moim zdaniem. ;-)
Taki facet zostałby wyśmiany przez kolegów z pracy i raczej wywalony, bo trzepotanie rzęsami by mu nie pomogło. I znalazłoby się dużo pasujących do niego określeń, pewnie jeszcze mniej sympatycznych niż dziunia. Ja bym powiedziała pasożyt, niezależnie od płci. Tępię pasożytnictwo.
Mnie natomiast wkurza kiedy słyszę "laska" i to z ust kobiety np "Ta laska z 2 piętra" albo podobnie, po prostu jako zamienne z kobieta, dziewczyna. Ja wyczuwam w tym jakąś pogardę.
;-) Dla mnie taki gość będzie głupim ćmokiem, a nie zaradnym spryciarzem. Nieukiem będzie, matołem z którego będę szydził, a jeżeli do swoich zachowań włączy zestaw "słodkiego idiota", to niechybnie stanie się również dziuniem, fajansem, balansującym na granicy "przegięć" głupim motylem, infantylnym palantem. Może i subtelna różnica nadal jest widoczna, ale jej subtelność popycha ją w kierunku niebytu. Z drugiej strony jednak, co ja k..wa wiem o subtelności?.. Pozdrawiam więc i idę do domu. (Acha, jeszcze dzisiaj nie piłem, więc może po łyknięciu, coś jednak pojmę). Tylko co ta cała gadka ma wspólnego z feminizmem?
@Flip: Jak to co ma wspólnego z feminizmem? Słodka idiotka, głupi motyl, czyli te szyderstwa jak piszesz, to wyrażenia bardzo często używane w stosunku do kobiet. Czyli jak chce się zmieszać z błotem faceta, to wystarczy określić go babą, albo dodać kilka kobiecych określeń. Zresztą nigdzie nie była mowa o zestawie słodkiej idiotki. To tylko takie skojarzenie, skoro ktoś napisał o niej dziunia, to musi trzepotać oczętami. Naturalnie, zimną spryciarą być nie może, bo jak kobieta nie wie jak, to używa seksu. Proste.
"Naturalnie, zimną spryciarą być nie może, bo jak kobieta nie wie jak, to używa seksu. Proste."
Można być i spryciarą i używać seksu. Jednak wszystko trzeba robić z głową i umiejętnie.
@malagracja: Jej, nie chodzi o to, co kto robi umiejętnie i z głową, tylko o ocenę z zewnątrz. To samo zachowanie oceniane będzie u kobiety jako dziuniowate, u faceta natomiast jako sprytne. Nikt Ci nie zabrania używać seksu. Tylko jak zostaniesz do seksualnego objektu, albo głupiego dziecka zredukowana, to też się zezłościsz.
A propos narzedzi tortur, ostatnio mnie lekko zaskoczyla kolezanka. Na wyjezdzie firmowym zamarudzilam, ze mnie plecak obtarl i stanik mnie lekko poszorowal (glupie przeszywane ramiaczka w Pollyannie). Na co uslyszalam (mniej wiecej) "A po co ci stanik w ogole? Na takim wyjezdzie nie musisz!"
Ekhm. Nosze 32 HH/J i jak nie zaloze stanika, to skladam sie wylacznie z elementow bujajacych sie, wiec noszenie stanika jest o wiele wygodniejsze niz nienoszenie... Ale zaskoczylo mnie, ze w ogole istnieje jeszcze poglad, ze stanik sie nosi z musu, a jak sytuacja oficjalna, to juz nie trzeba. Tak jakby to jakis bol byl czy inna uciazliwosc.
Kolezanka tak, mam wrazenie, kolo 50-tki...
A ja bym sie chciala doksztlacic z teori feminizmu. Czy ktos mi poda jakies sensowne opracowanie (moze byc po angielsku), aby sie dobrze czytalo.
A tak poza tym, to swietna notka Mauzonko. Tez mam nadzieje, ze kobiety powoli przekonaja sie, ze feminizm to nie "babochlopy z nienawiscia do facetow w oczach".
Czy aby nie przesadzamy z niektórymi rzeczami?
Ciekawy artykuł i dyskusja, strasznie mi imponujecie dziewczyny ze potraficie rzeczowo i bez zbytnich emocji pisać na temat feminizmu i kobiet. Milo wiedzieć ze tak wiele polek ma dojrzale i przemyślane podejście do feminizmu i nie zadowala sie stereotypami. Pozdrawiam:)
PS:a co do ksiazki to chyba najlepiej zapytac na forum feminizm (na gazecie)
Nawiązując do pytania, które zadałaś przy okazji wpisu urodzinowego - takie teksty najbardziej lubię u Ciebie czytać :)
Scarlet Agta, dzięki! Postaram się o więcej:)
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.