Zakupoholizm - czy mnie to dotyczy?
Przeglądając ostatnio moją szafę, w której już nic się nie mieści, zauważyłam, że mam mnóstwo ciuchów kompletnie niepotrzebnych. Kilka sukienek, które założyłam jeden raz, odstrzałowe bluzeczki, które do niczego nie pasują i spodnie kupione tylko dla jednego detalu są moją zmorą. To samo, acz w większym stopniu, dotyczy pudełek i koszyków z biżuterią. Niby same drobiazgi, bo w końcu "kolczyki wszędzie się zmieszczą". Ale przy liczbie ich par wynoszącej czterdzieści cztery, robi się problem - gdzie je przechowywać? Do tego trzeba doliczyć wszystkie korale i bransoletki...
Zaczęłam się zastanawiać: jak to możliwe, że mogę używać aż tylu rzeczy? W końcu mój codzienny ubiór opiera się na dwóch sukienkach, jednej ulubionej parze jeansów i ukochanym czarnym t-shircie. Bieliznę eksploatuję bardziej intensywnie, ale przyznaję bez bicia, że w mojej szufladzie są nie do końca dobrze dobrane cacka, kupione kupione wyłącznie z powodu pięknej koronki. Z natury jestem osobą dosyć racjonalną, ale jak widać częstość zakupów impulsywnych w moim przypadku jest zbyt duża. Źródła tego bezsensownego kupowania są dwa: po pierwsze - nie mogę oprzeć się okazjom. Gdy widzę bluzki z metką -50% robi mi się ich żal, że tak wiszą smutno i ronią łzy. Buty po 70 zł to w końcu taniocha - nic to, że piją i rozlatują się po tygodniu użytkowania. Po drugie - daję się nabrać zwodniczo wyeksponowanym ubraniom. Na płaskim manekinie wisi wystrzałowy zestaw złożony z tuniki ozdobionej cekinowym pawiem, dżinsowej kamizelki i "mokrych" legginsów - i jak nie zaszaleć. Myślę: "na piątkowej imprezie w klubie będę wyglądać bosko". Kupuję. Dokładne spojrzenie w lustro w domu i już wiem, że tunikę włożę tylko na kicz-party, kamizelkę oddam młodszej grunge'owej siostrze, a legginsy będą w sam raz pod kombinezon narciarski. Czy to zakupoholizm?
Wbrew pozorom, zakupoholizm (inaczej oniomania) jest często zaliczany do zaburzeń psychicznych. I to dosyć poważnym. Tak samo jak alkoholikowi trudno przestać pić, zakupoholiczce ciężko omijać szerokim łukiem galerie handlowe. Charakteryzuje się żądzą nieustannego wydawania pieniędzy, które prowadzi do ruiny finansowej. Ofiary choroby nie oglądają się na stan konta - zawsze przecież mogą wyrobić sobie kolejną kartę kredytową. Na szczęście nie jestem jeszcze w ostrym stadium oniomanii. Mimo to próbuję znaleźć sposób na ograniczenie wydatków ciuchowych. Oto kilka rad:
- kupować tylko ubrania dobrze dopasowane; nawet jeżeli coś jest śliczne lub tanie, może deformować kształt pupy i brzuszka:)
- kupować tylko rzeczy potrzebne; po co mi tweedowy płaszcz latem?
- nie kupować ciuchów, które "mogą się przydać za trzy miesiące"; "okazjom" mówię nie!
- znaleźć inny sposób spędzania wolnego czasu niż odwiedzanie sklepów w realu i w Internecie; kino, książka, rower lub spacer są świetnymi rozrywkami na niedzielne popołudnie.
Czy jesteście zakupholiczkami? Czy dwadzieścia staników w szufladzie to jeszcze norma czy już przesada? Czy macie jakieś pomysły, jak można ustrzec się przed uzależnieniem od shoppingu?
Zdjęcie pochodzi z Złotetarasy.pl.


Komentarze: 86 / Dodaj komentarz »
Mi też się zdarza kupić coś niepotrzebnego, ale raczej rzadko i jak już to na Allegro, w realu nie kupię źle leżącego ciucha. Nie zgodzę się z jednym punktem, żeby nie kupować czegoś co przyda się za X miesięcy, na wiosnę za 200 zł kupiłam sobie 2 płaszczyki 1 w Camaieu, a drugi w Zarze, jesienią za taką sumę nie kupiłabym nawet jednego!! Tak samo na początku lipca kupiłam sobie parę koszulek letnich po 9,90, nawet zdążyłam je trochę ponosić i przynajmniej w czerwcu nie będę musiała wydawać na koszulki z nowych kolekcji ;-)))
Tfu koszulki letnie na początku sierpnia, w tym roku jakoś wcześnie były wyprzedaże ;-)
A jakby problem zakupoholizmu odnieść do stanikomanii? Ile z nas ma wiecej staników niż potrzebuje bo aż tak bardzo się podobają? :P
mój zakupoholizm dotyczy tylko bardzo tanich kosmetyków kolorowych i ciuszków z lumpeksu ;) zwyczajne ograniczenie finansowe, na zakupoholizm stanikowy mnie nie stać...
Gorzej, jeśli kupuje się ciuchy,do których trzeba "tylko trochę" schudnąć;P u mnie chyba zajmują 1/3 szafy,jedyne pocieszenie w tym,że faktycznie non stop zmieniam wagę i mam ciuchy na lepsze i gorsze czasy:)))ale też np kieckę,do której mało,że musialabym schudnąc ze 20kg to jeszcze wyciąć sobie cycki:P ale za to jest taaaaaaaaaaaka śliczna!:>>>
W sumie trzeba by było jeszcze zdefiniować, co jest już zakupoholizmem stanikowym a co jeszcze nie, a to już dość indywidualna kwestia.
mnie akurat nie dotyczy, ale mam koleżankę, która ma chyba tyle butów i torebek co włosów na głowie. Gdyby było mnie stać, bo stałabym sie na pewno zakupoholiczką spodni. Kocham spodnie :) Ku niezadowolenia mojego TŻ.
agugabi: ja mam ponad 40 par butów i nie uważam się za zakupoholiczkę:) Dbam o obuwie, nie niszczę, uszkodzone oddaję do szewca i jakoś tak się uzbierało. Przyznaję jednak ze wstydem, że znajdzie się kilka par, które już w sklepie zapowiadały się na niewygodne, ale były tak ładne, a cena tak okazyjna, że żal było nie kupić:)
A ja zakupoholiczką bywam... Im więcej pracuję tym więcej wydaję. Pracę mam dość nieregulowaną + 3 miesięczne wakacje. Niekoniecznie zresztą na ciuchy, na fryzjera czy kosmetyczkę chociażby. W wakacje niewiele mi do szczęścia potrzeba, ale od listopada zaczynam, że tak powiem, generować potrzeby :( W maju (pod koniec roku akademickiego) jest po prostu apogeum...
Agugabi, zazdroszczę, że możesz sobie pozwolić na "zakupoholizm spodniowy" ;) ja mam straszny problem z kupnem dla siebie spodni i jak już jakieś uda mi się dopasować, to się nimi strasznie cieszę przez rok a noszę przez kolejne kilka.
A figury nie mam jakiejś wyjątkowo "problematycznej", wzrost średni, biodra średnie, a jednak większość gaci które mierzę po prostu na mnie nie leży :(
Jeśli chodzi o zakupoholizm... kiedyś kupowałam ubrania "bo modne", "bo prześliczne", itp, jednak sporo z nich szybko lądowało na dnie szafy, bo np.zupełnie nie pasowały do mojej figury i po prostu źle się w nich czułam.
Teraz staram się kupować tylko takie rzeczy, które pasują do mojej figury, nie przytłaczają jej, a jednocześnie są wygodne. I mają twarzowy kolor. Mało ciuchów spełnia te wszystkie warunki, a co za tym idzie nie kupuję wielu ciuchów :) i cieszę się bardzo, że już mi przeszło takie kupowanie spontaniczne.
'od listopada zaczynam, że tak powiem, generować potrzeby :( W maju (pod koniec roku akademickiego) jest po prostu apogeum...'
tullilaj, rozwaliłaś mnie tym zdaniem;P
Ja się raczej nie kwalifikuję. Butów mam kilka par i we wszystkich chodzę, ubrań mam bardzo mało, bo z 38 wyrosłam, a odpowiedniej ilości 40 jeszcze nie mam. Staniki pasujące mam 2. I 2 pary dżinsów, w których chodzę w kółko. Pasujących spódnic i sukienek - zero. Mam wielką szafę, która świeci pustkami :( Jedyne, czego mi chwilowo nie brakuje, to skarpetki :P
Nie lubię robić zakupów ubraniowych dla siebie, a galerii handlowych na ogół unikam jak ognia. Moda mnie nie interesuje, noszę uniwersalne rzeczy. Może trudno w to uwierzyć, ale mam mniej ubrań, niż mój mąż - jego jakiś czas temu przeciągnęłam po sklepach. Mnie nie miał kto.
Ubraniowy zakupoholizm mi nie grozi, kosmetycznego się wyleczyłam, natomiast wchodzenie do dowolnej księgarni zawsze kończy się dla mojego portfela tragicznie...
Ja mam chyba po prostu wszystko-co-nadaje-sie-do-zrobienia-bizu-holizm ;) W domu mam ponad 100 par kolczyków, więc 44 nie robia na mnie wrażenia :P
Z ciucha zrezygnuję, z butów tym bardziej, do staników staram sie podchodzić spokojnie, nad kosmetykami się zawsze zastanawiam, a odkąd pracuję w księgarni nawet wydatki na ksiażki mi zmalały ;)
ja mam dużo bluzek, większość kupowana w lumpeksach... a to dlatego, że to część garderoby, którą najłatwiej mi dopasować. Mam ich już za dużo, a jak przyjdzie co do czego, to nie mam w czym chodzić ;) a należy do tego dodać, że jeszcze mam takie, które mają 10-13 lat plus jeszcze kilka, w których lata temu chodziła moja mama. Ja z ciuchów nie wyrastam od czasów nastoletnich, noszę aż się zedrą, co powinno niby ograniczać zakupy, a wcale tak nie jest.
Niestety też odczuwam przymus kupienia czegoś, kiedy jestem w centrum, a także poprawiania sobie humoru zakupami :(
Ja nie lubię kupować ciuchów, za to moge przepuścić fortunę na kompakty, książki, ewentualnie jakiś sprzęt rtv :)
Mój główny problem z ciuchami to kupowanie czegoś "na wciągnięty brzuch i sklepowe wyszczuplające lustro" - a potem toto leży i czeka na świętego Nigdy, kiedy to brzuch będzie płaski a pupa mniejsza, bo przecież nie będę chodzić na wdechu... 8/
Wydaje mi się, że tak na codzień to chyba lubimy nosić tzw. pewniaki - czyli ciuchy, które są wygodne, nieskomplikowane i w których dobrze się czujemy. Dla mnie to dżiny, 6-letnie zielone adidasy i 35-letnia skórzana kurtka po mamie - zimą, a latem: legginsy, deichmanowe 4-letnie klapki i jakaś luźna tunikowa czy sukienkowa góra. Dlatego kompletnie nie czuję potrzeby częstych zakupów ubraniowych. Kilka obcisłych topów i czerwone szpilki przypominają mi, że ich nie potrzebuję, bo ich po prostu nie noszę.
A staników mam ponad 20 i to chyba jedyny element mojej garderoby, który lubię kupować, bo w większości pasują 8)
Natomiast najbardziej satysfakcjonujące mnie zakupy to okazyjne kupowanie dobrych filmów na dvd - mam kolekcję ponad 100 i za żaden nie zapłaciłam więcej niż 2-4 funty - latami potrafię czekać, aż w końcu cena spada 8)
Zakupoholizmowi mówię zatem stanowcze: NIE B]
Ja na zakupy chodzę często, ale rzadko udaje mi się coś kupić-jestem strasznie wybredna i mało co leży na mnie dobrze. Na całe szczęście dla mojego portfela:) Butów mam kilka par, ciuchów sporo, ale prawie we wszystkich chodzę, choć jedna bluzka leżała u mnie kilka lat i dopiero w tym roku zaczęłam ją nosić. Mam jedną parę spodni, kupioną z myślą "eee...schudnę kilo i wejdę, grzech nie kupić za 25 zł...". Oczywiście miałam je raz na sobie;D Za to kocham zakupy jedzeniowe i gdyby nie ograniczony studencki budżet pół dnia spędzałabym w delikatesach. Robienie takich zwykłych, codziennych zakupów sprawia mi ogromną radochę i muszę się mocno powstrzymywać, żeby nie wykupić całego sklepu:D I niestety przez to czasem muszę coś wyrzucić, choć ja raczej z tych, co starają się tego nie robić.
Staników mam 3, na całe szczęście też mało co na mnie pasuje.
Przede wszystkim pragnę się przywitać, bo to mój "pierwszy raz" na tym forum :-).
Jeżeli chodzi o zakupoholizm, to nie na szczęście po prostu mało ciuchów dobrze na mnie leży :-).
Staników mam 8 - tak, wiem, tu trochę się rozpędziłam.:-)
Na impulsywne kupowanie ciuchów mam dobry argument, który wymyśliła zresztą moja koleżanka: "nie wystarczy, że jest ładne, czy dobrze w tym wyglądasz, tylko czy to coś DODAJE CI URODY". Jeżeli ciuch "tylko" dobrze wygląda, to po prostu go nie kupuję. Po portomentkę sięgam dopiero gdy wyglądam w czymś jak "milion dolarów" :-)
Najlepszą obroną przeciwko zakupoholizmowi jest... brak kasy ;) Serio! Pewnie gdybym mogła więcej wydawać, to każdy weekend spędzałabym na zakupach, bo je po prostu lubię. Przy moich ograniczonych możliwościach jestem raczej rozsądna i staram się oszczędzać ;) Rzadko kiedy kupuję cokolwiek poza wyprzedażami. Zresztą, bywa i tak, że naprawdę chcę coś kupić, przełażę całą galerię i nic, absolutnie nic nie znajdę. Tak jest np. ze spodniami :( A potem idę do osiedlowego lumpiku i kupuję trzy pary, każdą za 15 złotych :P
W szafie mam pełno rzeczy, ale, gdyby je dokładnie przepatrzeć, to noszę może z 10% tego, co tam jest. Pozostałe rzeczy są albo za małe, albo były kupowane na Allegro w przypływie optymizmu ("setka w biuście? Nooo, na pewno się rozciągnie!"), a w domu się okazało, że są za małe, za krótkie, niewygodne i ogólnie wyglądam w tym jak buła. Jak zwykle zresztą :P
Cóż, przy moich wymiarach samo znalezienie czegoś pasującego jest skomplikowaną operacją. Także, kiedy już znajduję w sklepie coś, co na mnie pasuje i jeszcze nie kosztuje majątku, to wolę to kupić, choćby to był płaszcz w lecie ;)
Buty bardzo lubię, ale nie przywiązuję zbytniej wagi do ich jakości, bo i tak się zepsują :P Ja bardzo eksploatuję wszystko, co mam, a w butach zależy mi przede wszystkim na tym, żeby były wygodne i ładne. Dlatego wolę kupić sobie kilka par za 50 zł albo i jeszcze mniej, i chodzić w nich choćby i dwa miesiące niż kupić jedne za cztery stówki i... też pochodzić w nich dwa miesiące, bo złamie mi się obcas :P
Staników mam na razie cztery (jeden chyba sprzedam), piąty do mnie leci i obiecałam sobie, że na ten miesiąc to koniec, ale codziennie zaglądam na Allegro, czy aby nie pojawi się jakaś wyjątkowa okazja :P
Ja w ogóle jestem dziwna, bo moda mnie totalnie nie interesuje, nigdy więc nie kupiłabym czegoś, co mi się nie podoba i w czym wyglądam źle, tylko dlatego, że jest modne. Tak samo mam z kosmetykami i biżuterią - mam kilka sprawdzonych, ulubionych rzeczy i rzadko kupuję sobie coś nowego, bo po prostu o tym nie pamiętam.
Mój facet też lubi zakupy i to on zwykle robi za diabełka latającego wokół mnie i każącego mi kupować różne rzeczy ;) Denerwuje go, kiedy chodzę i przymierzam różne rzeczy, których potem nie kupuję, i wywraca oczami, kiedy mówię, że w czymś wyglądam źle. No i jak tu z kimś takim nie chodzić na zakupy? ;)
A ja mam ogromną słabość do sukienek :-(
Mam ich całą szufladę w komodzie - gładnie, w kwiatki, dzianinowe, letnie i wyjściowe, za małe i za duże. I z tymi, które nie są już na mnie dobre nie mogę się rozstać. Kocham sukienki i za każdym razem jak widzę jakąś ładną w sklepie to normalnie nie mogę się oprzeć. Cały problem w tym, że i tak ciągle chodzę w spodniach, bo tak jest wygodniej, a biende sukienki leżą sobie i czekają na lepsze dni...
Ech zakupoholizm to to nie jest, ale głupota na pewno :(
Mój zakupoholizm ogranicza mój zdrowy rozsądek :D Jak widzę, że stan konta spada poniżej pewnego poziomu, to ucinam zakupy. Poza tym nie znoszę zakupów ciuchowych, bo nic na mnie nie pasuje, a sieciówkowe ceny są absurdalne. Butów nie znajdę, bo za duży rozmiar, spodni nie znajdę, bo za wysoka jestem itp, itd ;) Gorzej z aukcjami allegro/ebay, zwłaszcza jeśli chodzi o staniki ^^ Zwłaszcza, że nie mam stanikowej "bazy", bo mało co na mnie pasuje i jeszcze nie odkryłam swojego idealnego rozmiaru.
ziirael:jesli chodzi o rzeczy do robienia bizu i sama bizu to mam dokladnie to samo... Ino mam w tych rzeczac straszny baizel. Jak mam cos zrobic to muszse sie najpierw przekopac przez kilka podulek i siat - bo wie ze gdzies jest... A moze juz zuzylam... Kupowanie tych wszystkich koralikow i krysztalkow jest wciagajace - zawsze widzisz cos co jest absolutnie przesliczne i oczami wyobrazni widzisz jakie slicznosci mozesz z tego zrobic, a portfel wola: heeeeeeeeeeeeeeelp. chyba dobrze ze ja na razie jeste odcieta od moich stalych dostawcow...
Black lemon: malzonek kiedys kupowal filmy na dvd, potem stwierdzil ze bedzie kopiowal te z wypozyczalni...
Ja natomiast musze sie mocno powstymywac kiedy dostaje nowy katalog z mojego ukochanego Boston Proper. Wrzucilam pare bluzek do katalogu...W tej chwili dostaje go w formie elektronicznej... Zawsze jak widze nowa kolekcje to pierwsza mysla jest - jezu jakie sliczne. Chce to, i to, i to i to, i to, i tamto i jeszcze tamto... Zbiera sie przewaznie tego sporo... Przy drugim przegladaiu jest weryfikacja: patrze jak te rzeczy sa uszyte - fason, czy mi na cycki bedzie pasowac; co mam pasujacego do danego ciucha; czy w danym kolorze bedzie mi dobrze; z czego jest uszyty itd. Nastepnie wrzucam dana rzecz (zaaprobowana) na liste zyczen... i czekam na przecene... Wiec zakupokolizm raczej to nie jest... Aczkolwiek jak bylam w Stanach to przepuszczalam na ciuchy naprawde duzo... w Polsce tyle nie wydawalam.
ahk, może chciałabyś się podzielić sukienkami? ;)
Mój zakupoholizm dotyczy wyżej wymienionych, z tym, że uwielbiam spódnice i sukienki, chodzę w nich prawie cały czas, i gdy widzę kolejną, przepiękną, cudowną i w ogóle naj...to grzechem jest nie kupić. Od znajomych słyszę, że mam już bana na kiecki ;D po za tym to potrafię sobie wielu rzeczy odmówić, bo oszczędna jestem przeraźliwie ;)
Ja może i zakupoholiczką bywałam, jednocześnie ciuchy zawsze kupowałam tylko takie które będę nosić i dobrze pasują na mnie, a teraz to muszą wręcz idealnie pasować na moją OBECNĄ figurę. na zapas to mogę jedzenia na tydzien kupić jak jadę do makro:P
Polecam zamiast magazynowania te "najśliczniejsze" mega za małe/za duże ciuchy których nie nosimy oddać siostrze, mamie koleżance. a Te które można bo ładne, nawet sprzedać na allegro, a te które są db ale nikomu nie ma oddać- oddać do czerwonego krzyża czy caritsu. a te uczciwie które nie nadają się do noszenia ani do sprzedania/oddania...zwyczajnie wyrzucic:) ja tak oddałam 1/3 -1/2szafy i bardzo się cieszę. one zadowolone a ja mam miejsce na NOWE DOBRE DLA MNIE ciuchy. Warto nauczyć się oczyszczania siebie i otoczenia, a oczyszczanie szafy też jest ważne:)
Jeśli tylko kiedyś będzie mnie na to stać to z przyjemnością oddam się stanikowo-ciuchowo-obuwniczo-torebkowemu zakupoholizmowi :) A póki co, tylko kolczykom nie umiem się oprzeć... A z kupowaniem półproduktów do biżu - znam ten ból, oj znam ;/
Haha - pod okienkiem wpisywania komentarza mam akurat reklamę google o TERAPII UZALEŻNIEŃ ;))
Ja jestem bliższa przeciwnemu biegunowi. To znaczy buty mi się rozwalają, ale mając świadomość stanu konta zostawiam na półce takie, które mi się podobają i dobrze pasują, bo w obecnych jeszcze ten jeden sezon dam radę przechodzić. Ze spodni już wyrosłam (wszerz oczywiście), ale nie kupię nowych tylko obecne będę wciskać na siłę. Zresztą, czeka mnie więcej pracy i stresu to może schudnę. Mam bluzki z krótkimi rękawami i swetry, ale nic pośredniego, ale nie kupię bluzki z długim rękawem. Taki są drogie. Wolę kupić dziecku nową piżamkę. I tak dalej... Moja skrajność jest wśród kobiet chyba mniej powszechna. Ale pracuję nad sobą :)
@the_cellist - chętnie pożyczę :-)
@victoria08 - zgodzę się z Tobą, że warto jest od czasu do czasu przewietrzyć szafę i pozbyć się z niej niepotrzebnych rzeczy, ale są takie wśród moich sukienek, których po prostu ze względów emocjonalnych nie potrafię oddać/sprzedać (np. sukienka ze studniówki, sukienka, którą sobie kupiłam za moje pierwsze zarobione pieniądze, że już o sukni ślubnej zawalającej pół szafy nie wspomnę).
Wiem, że to strasznie głupie i dziecinne mieć taki stosunek do ubrań, ale z drugiej strony każdy ma jakieś swoje dziwactwo, a to moje jest w miarę nieszkodliwe :)
Jeju, ja jestem zakupoholiczką... Staników mam już 20, a dalej kupuję, ale już tylko na okazjach/wyprzedażach, chyba, że jest coś cudownego...
Kiedyś migłam tak wydawać na spodnie (też miałam taki okres - 20 par), potem przytyłam i mi przeszło... Bluzek nie lubię kupować, i tak wszystkie rolują się na brzuchu pod cyckami... Kosmetyki chwilowo zakupiłam w sporej ilości, ale jak widzę testerowe szminki Maybelline po 4zł to tak mnie korci...że niedługo dokupię ;p No i muszę dokupić paletkę cieni ;p
Jest też jeden typ sukienki, którą mogę mieć w każdym kolorze, ot, bo ładnie na mnie leży.
Wyleczyłam się za to z kupowanie ładne, ale nie dla mnie. Co jakiś czas "odświeżam" szafę, oddaję swoje zwykle nienoszone nigdy rzeczy i w którymś momencie tak się na siebie wściekłam, że już nie kupuję takich.
Ale tak naprawdę ograniczają mnie środki finansowe. Za to na początku miesiąca jest gorąco ...
całe szczęście, nigdy zakupoholizm mnie nie dosięgnął. jestem skąpa, nie lubię wydawać pieniędzy na rzeczy, które mi są niepotrzebne... i często okazuje się, że powinnam gołym tyłkiem chodzić, bo naprawdę skąpię. większość moich ciuchów albo z lumpa, albo po siotrze/ciotce/kuzynce/koleżance, prawie nigdy nie kupuję sobie nic nowego, a na pewno nic w "drogich" sklepach. najczęściej na ryneczku :P
doszło już do takiej paranoi, że noszę dziurawe trampki jeszcze pół roku po tym jak zrobią się dziurawe i że wiosną i jesienią noszę glany, bo nie mam butów przejściowych z letnich na zimowe. bo mnie mierzi wydanie 50 zł na adidasy, nie mówiąc już o większej sumie.
nie żałuję sobie natomiast na sprzęt turystyczny (w tym roku wydałam jakiś 1000 zł, bo kupowałam buty, plecak, pokrowiec, skarpetki etc), kupiłam laptopa (zresztą, nawet jak miałam peceta, to mogłam go modernizować w nieskończoność). nie żałuję sobie na staniki.
a na wakacje jeżdzę stopem, nocuję pod namiotem i jem makaron z kluskami, bo "szkoda pieniędzy" :D
całe szczęście, że nie mam pociągu do malowania się, bo i pewnie na kosmetyki bym sobie żałowała, a tak to nie zwracam na to uwagi.
ale przydaje się czasem bycie takim "oszczędnym". bo bez tego nie miałabym laptopa, butów trekkingowych, plecaka i miliona innych drogich rzeczy, które mogę zdobyć jedynie drogą odmawiania sobie innych, tych tańszych.
Jeżeli o mnie chodzi, to o zakupoholizm się nie posądzam - aczkolwiek mam manię na punkcie jednej rzeczy: podkoszulków-bokserek. Tyle, że nie każdy materiał mnie satysfakcjonuje (wolę mocniejszą i grubszą bawełenkę niż koszulkę, która w dotyku przypomina ścierkę do wycierania naczyń), więc jak do tej pory mam ich dopiero 4 - ale teraz w zimowych będa zapewne te grubszobawełniane, więc czekam ^^
A ja bym nie wiązała tak mocno ilości posiadanych rzeczy z zakupoholizmem:
"Jeśli ktoś marzy o tym, by mieć 14 telewizorów i go na to stać, proszę bardzo. To raczej nieszkodliwe dziwactwo. Pamiętajmy, że problem z zakupami zaczyna się wtedy, gdy zaczynają one negatywnie wpływać na nasze życie, a my widząc negatywne konsekwencje kupowania, nie potrafimy się zatrzymać i wyciągnąć wniosków na przyszłość - podkreśla psycholożka."
http://pracawsprzedazy.gazeta.pl/sprz...
Jeśli ktoś MARZY być mieć 14 telewizorów to akurat moim zdaniem ma duży problem ze sobą i niekoniecznie jest to akurat zakupoholizm :/
A ja MARZĘ by mieć w domu wypasiony system głośniczków, wzmacniaczy i kabelków - tak full wypas audiofilsko. Może inni mają tak z telewizorami? Jeśli kogoś stać na urządzenie sobie takiego czegoś, to tylko pozazdrościć.
Czym innym jest ZESTAW/SYSTEM etc., a czym innym jest 14 TELEWIZORÓW (czy 14 lodówek, 14 komputerów, 14 komórek).
Jako maniaczka motorówek/żaglówek/jachtów itd. MARZĘ żeby mieć wypasioną jachto-żaglówkę z silnikiem motorowym i wszystkimi bajerami. Ale gdybym marzyła, zeby mieć takowych 14, to zaczęłabym się poważnie o siebie niepokoić.
I tylko o to mi chodzi. Kult posiadania to dla mnie choroba, a 14 telewizorów to jej przykładowy symptom (wcale nie zakupoholizmu).
Eee.. jak mam 5 komputerów w domu (no, dobra dwa to laptopy) i ciągle mi mało to też źle??? (Mogłabym mieć i 100 laptopów, tak bardzo je kocham..)
A jak ktoś ma 14 pokoi i w każdym chce mieć telewizor? ;) To chyba tylko taki przykład, ale są ludzie, którzy po prostu lubią coś kolekcjonować i niech nikt im tego nie broni, jeśli mają na to pieniądze. Zresztą, znam ludzi, którzy uważają, że kobiecie wystarczy jeden stanik. Przecież i tak dwóch naraz nie nosi, więc po co jej więcej? :P
Myślę, że wszystkim nam tutaj do zakupoholizmu daleko (przynajmniej na podstawie tego, co tu przeczytałam ;)), bo tu nie chodzi o ilość czy częstotliwość zakupów, ale o podejście do nich. Jeżeli kupujemy sobie szóstą parę czerwonych szpilek, bo je uwielbiamy, albo śliczny zestaw do pielęgnacji ogródka (widziałam taki w This&That, łopatka i konewka w kwiatki ^^), mimo że nie mamy ogródka, ale akurat była promocja, to jeszcze nie jest zakupoholizm, co najwyżej dziwactwo czy nieprzemyślany zakup. Problemy są wtedy, kiedy mamy debet na koncie, dla zakupów rezygnujemy z ważniejszych rzeczy, a na każdą próbę zwrócenia uwagi reagujemy alergicznie. W tym wypadku należy się rzeczywiście zastanowić. Pragnienie posiadania nie jest niczym zdrożnym... ale, gdybyśmy myślały inaczej, nie byłoby nas przecież tutaj ;)
ja w ogóle nie wiem, dlaczego ktoś kolekcjonujący znaczki czy bilety jest "człowiekiem z pasją", a ktoś kolekcjonujący telewizory "ma problem ze sobą" i "problem z kultem posiadania" :)
Uwielbiam kupować ładne, dobre jakościwo t-shirty. Takie, które fajnie leżą. W te sposób konstruuję swój ubiór - gładki czy jakiś klasyczny t-shirt i dobieranie do niego dodatków - szali, sweterków, biżuterii. Dzięki temu z jednego ubrania mam masę pomysłów. Podobnie ma się z koszulkami na grubszych ramiączkach. Zauroczył mnie Orsay w tym sezonie i mam 2 czarne i jedną zieloną koszulkę z tego samego modelu. Inna sprawa, że były też tanie, ale tak to jest często z kolekcjami basic.
Stanikowym zakupom rzadko mogę się oprzeć, ale nie jest to też chore. Coraz rzadziej mam na coś ochotę.
Często kupuję też książki w antykwariacie - leżą potem na półce, bo w tym roku na przykład więcej czasu pochłaniał mi Bochenek niż ulubiony Piekara. Ale doczekały się wakacji i teraz wręcz pochłaniam je. :)
O! Mam manię posiadania szali, szalików, apaszek :D To mogę kupować garściami dla samego wyglądu :D No ale lubię też mieć ciepło pod szyją :)
@AleksandraLM: jestem przeciwna piractwu w formie kopiowania DVD - najpierw ściągam sobie filmy na rapidshare, oglądam, i jeśli na 100% mi się podoba, wpisuję na specjalną listę "do kupienia" - a następnie czekam do skutku, aż będę mogła tanio kupić oryginał 8)Jaki jest sens kopiować, skoro za grosze mogę rozbudowywać oryginalną kolekcję, która tak fajnie wygląda ułożona tematycznie na półkach?.
Przypomniało mi się - oprócz DVD i staników mam jeszcze jedną manię: namiętnie kupuję farby do szkła (też w promocjach i wyprzedażach), z myślą o tym, że jak kiedyś będę miała więcej czasu, to znowu się wezmę za malowanie... Hm, może na emeryturze?.. ;P
a ja też jestem skąpa :DD
ale co do trampek, to znudziło mi się szukanie po chińskich sklepach czy takich tańszych po 10-12zł w zwykłych obuwniczych, bo też głupie trampki trudno mi dobrać na moją stopę (czemu nie robią połówek :/), a poza tym te "chińskie" się rozwalają po kilku miesiącach/kilku założeniach. wybuliłam 50zł na porządne z New Yorkera i się zobaczy ile wytrzymają ;) może to nie do końca oszczędność pieniędzy, ale na pewno oszczędność kasy i nerwów.
Chwilowo się wyleczyłam z kupowania bluzeczek w lumpeksie, tzn mam ich tak dużo, że potencjalna nowa bluzeczka musi absolutnie podbić moje serce, być oryginalna no i za grosze :> kupowanie kolejnej przeciętnej jest bez sensu.
Jestem na odwyku od błyszczyków, ale to polega na tym, że jak nie kupuję błyszczyka, to kupuję cienie do powiek albo lakiery do paznokci :/
Wiem, że gdybym była kasiasta, to jeszcze bym kupowała słodkie skarpetki, staniki, jakieś gadżety z Hello Kitty z H&M ;), oczywiście płyty, DVD i zapewne jeszcze więcej kosmetyków kolorowych O_o
O, na buty to ja nie lubię wydawać pieniędzy. Co prawda mam sporo butów, ale kupionych za grosze, większość sezonowych - dlaczego? Strasznie szybko niszczę buty, więc kupienie bucików za ponad 50zł i noszenie ich max 1 sezon mija się dla mnie z celem. Wolę dać 20zł i potem ich nie żałować (Uwaga! Niszczę każde buty, drogie, tanie, wytrzymałe, nie ma znaczenia, jedynie łyżwy się trzymają ;p)
@nathd - mam to samo :) Ile bym nie wydała na buty, i tak wiem, że do następnego roku nie wytrzymają, chyba, że będą bardzo niewygodne i będą się kurzyć w szafie :P Kiedyś kupiłam sobie droższe szpilki (uwaga, w przypadku szpilek, które mają być tylko ładne, "droższe" oznacza dla mnie "okolice 100 zł") i złamał mi się w nich obcas po dwóch tygodniach. Jak do tej pory, najlepiej trzymają się moje pantofle kupione w ubiegłe wakacje na Słowacji za 190 koron (ok. 20 złotych :P). Wolę więc kupić hurtem kilka tanich par na Allegro i z czystym sumieniem je zdzierać niż zainwestować w jedne drogie, chuchać na nie i dmuchać, a potem wdepnąć w dziurę i zostawić w niej cały obcas (serio, tak mi się kiedyś zdarzyło :P).
nathd ---> ja mam całkowicie inny "profil" kupowania butów :) w skórzanych trzewikach chodzę do zdarcia, a jak się zedrą to do szewca ;) i tak mam takie ukochane już 10 lat, może niemodne, może złachane, ale takich już nie robią :( (btw to muszę je zanieść do szewca i jeszcze drugie podobne, ale młodsze).
Na skórzane trzewiki/kozaki mogę wydać więcej kasy 100-250zł bo wiem, że posłużą dobrych kilka lat. Tak samo na sandały ze skóry.
właściwie nie mam obuwia "przechodniego" tylko trampki, sandałki i obuwie jesienno-zimowe.
wiele dziewczyn z kolei kupuje nałogowo w sezonie wiosenno-letnim japonki i baleriny, ja z kolei takich nie noszę :)
black lemon: jasne ze fajnie miec kolekcje oryginalow fajnie wygladajaca na polce:) Ale, zajmuje ona duzo wiecej miejsca niz plyty w albumie (najchetniej bym wsie filmy meza powkladala do albumow - mialabym wiecej miejsca n ksiazki...), po drugie te filmy sie niszcza jak 150... I tak OT: czy piractwem jest skopiowanie filmu ktory sie wczesniej widzialo w kinie (=zaplacilo sie za bilet)wypozyczonego (zaplacilo sie za to) na swoj wlasny prywatny uzytek? tak samo ktos by mogl powiedziec ze to co sciagasz z Rapidshare tez jest piractwem...
@AleksandraLM: oczywiście, że rapidshare jest piractwem (nie wydajcie mnie!!!), ale po pierwsze, do kina chodzić nie lubię, a po drugie, nie widzę sensu kupowania DVD filmu, którego nie widziałam i nie wiem, czy jest dobry 8/ Wydaje mi się więc, że ściąganie filmów z netu to takie mniejsze zło: jak mi się nie podoba, to kasuję, a jak mi się podoba, to doceniam twórców, kupując oryginalną DVD 8)
A ta półka to marzenie kolekcjonerskie: patrzę na moją kolekcję i się napawam radościa posiadania ;P
Hmm, ja czasami kupuję coś, co nie wiem, czy będę nosić, ale zwykle kosztuje mnie to 1 zł w lumpeksie ;) W zwykłych sklepach kupuję tylko rzeczy, które mi się naprawdę podobają i które mam do czego nosić.
Jak zaczęłam zarabiać pieniądze, to nie potrafiłam sobie odmówić niczego. A okazje i wyprzedaże to w ogóle uwielbiałam. Dziś mam szafę pełną ubrań, niektóre założyłam raz w życiu i pewnie założę nieprędko (mam duże wahania wagi, obecnie rozmiar 34/36 a bywało że 42/44). I co z tego że mam 20 spódnic?? Chodzę w dwóch, góra trzech. Ze spodniami jest lepiej, bo je noszę na codzień i się zużywają. Spódnice mam po kilka lat. Dodatkowo problem ze mną jest taki, że uwielbiam rzeczy oryginalne i niebanalne. Absolutnie nie do noszenia na codzień. Zakupoholiczką bym siebie nie nazwała. Na ciuchy wydaję niewielkie kwoty, zazwyczaj jak mi zostanie parę groszy "nadmiarowo;)". Nie potrafiłabym puścić ot tak całej wypłaty.
Nałogowo kupuję:
staniki (allegro)
ciuchy, przede wszystkim mroczne czarne gotyckie bluzki z bajeranckimi rękawami (lumpeksy)
elementy do robienia biżuterii.
To chyba tyle, ewentualnie mogłabym w to wliczyć zapachowe balsamy do ciała, ale to nie jest aż tak duża szajba.
Póki co jestem bezrobotna, rzadko miewam kasę, ale w lumpeksach się da wyszperać perełki za grosze. Nie mam gdzie tego trzymać, chociaż szafa jest wielka i wywaliłam z niej za małe rzeczy. I troche mnie wkurza że czarnych wydekoltowanych bluzek mam 8, a dżinsy jedne. Tylko na dżinsy na mnie trudno trafić, zwłaszcza w lumpeksach.
hah no właśnie ja mam mało czarnych bluzek z dekoltem :(
jedną zarąbistą D&G, ale ona jest wąska/ciasna i się podwija do góry :( nową odcinaną pod biustem, ale ta z kolei jest "ciążowa" i nie do wszystkiego pasuje, no i prasowanie zakładek na niej to mordęga. reszta ma mniejszy dekolt :(
AleksandraLM: tak, obie formy o któe zapytałaś są piractwem.
A co do zakupoholizmu... Nie dotyczy mnie, kupuję to w czym naprawdę chodzę :). Aż się zdziwiłam jak przejrzałam szafę :P
Aktualnie na pewno nie mam nic wspólnego z zakupoholizmem. Przeciwnie: mi się niemal nic nie podoba (to brzydkie, to źle uszyte, to drogie, tego koloru nie lubię, tego nie mam gdzie nosić).
W ten oto sposób mam b. mało ubrań. Na prawdę. Praktycznie nie mam w czym chodzić, muszę ciągle prać. Ale o dziwo moi znajomi chwalą mnie za ubiór. Mimo, że zwykle zakładam to co mniej więcej pasuje kolorystycznie i jest w podobnym stylu. Mało tego, dzisiaj dopiero sobie uświadomiłam, że nie prasowałam swoich ubrań chyba od miesiąca (a bo w samochodzie i tak się pogniotą, a z czasem wyprostują :-D). No ale jakoś mimo tego jakimś cudem udaje mi się wyglądać ok na ulicy.
Wracając do zakupów: jutro MUSZĘ kupić sobie przynajmniej parę ubrań i mnie od tego jakoś odrzuca. Przejrzałam ofertę ebaya, alllegro, galerii i nic mi nie wpadło w oko. Chyba, że za drogie. Nie znoszę kupować ubrań, bo nie mam w czym chodzić, gdy owe ubrania od razu mi się nie podobają (jak pisałam: baaardzo mało rzeczy mi się podoba).
Jeśli chodzi o radość z posiadania rzeczy: jest mi obca.
Pozbywam się wielu rzeczy, gdy tylko ich nie potrzebuję (to dla takich jak ja wymyślono biblioteki, książka raz przeczytana nie stanowi dla mnie żadnej wartości najczęściej, bo już znam, pamiętam, odkryłam tkwiącą w niej tajemnicę).
Nie lubię mieć zbyt wielu rzeczy, bo ich widok i poczucie, że są mnie przytłacza.
Jestem wybredna także gdy coś widzę w lumpeksie (już parę razy żałowałam, że lumpeksowy ciuch zakwalifikowałam jako mi niepotrzebny, oddałam koleżance, przymierzałam u niej i świetnie na mnie leżało-oddałam, a ona kupiła-razem chodzimy na zakupy).
No i wreszcie: mierzenie ubrań! Ile to ubrań na wieszaku tak się pięknie prezentuje a na mnie (czy w ogóle czasem: na człowieku) wyglądają nie najlepiej? A na ile nie spojrzałam, bo nie kusiły z wieszaka, a potem przypadkowo mierzyłam i leżały super?
Mierzenie, mierzenie i jeszcze raz mierzenie!
Najlepiej jest kupować ciuchy tak jak pisała któraś dziewczyna: tylko te, w których wygląda się fenomenalnie. Ma się pewność, że będzie się je nosiło.
Gdy już coś w szafie mam, to nawet gdy jest za duże (raczej nie zdarza mi się kupić nic za małego), czy nie najlepiej na mnie leży, czy też nie w moim guście (np. otrzymane w prezencie) to je noszę. Jakoś kombinuję, łączę z innymi ubraniami i nie wygląda to źle.
Aha, że mam 1 (słownie: jeden) stanik. Niepasujących brak (wyrzucone, oddane, sprzedane). I to nie jest fajne, bo schnie on dłużej niż noc i muszę zakładać mokry (a co tam: mokre staniki, pogniecione bluzki-nic nie jest mi strasznym :-D).
Ale akurat staniki min. 2 (w tym sportowy) planuję wkrótce kupić (czekam na przypływ gotówki i załatwienie innych spraw finansowych).
Co ja jeszcze chciałam dodać?
Się rozpisałam :-)
Zastanawiam się czy: "nic nie jest mi strasznym" jest dopuszczalną formą?
No dobra, widocznie żyjemy w świecie, gdzie marzenie o posiadaniu 14 telewizorów jest czymś normalnym (nie piszę tu o samym ich posiadaniu, tylko marzeniu o tym, bo mniemam, że jak ktoś ma 14 pokoi to i na 14 telewizorów go stać i marzyć o nich nie musi). Można sobie włączyć wszsytkie jednocześnie, nastawić na teleturniej z Zigim Chajzerem i uleciec w nirwanie.
Ja jednak wolę pozostać w swoim naiwnym światku, gdzie 1 telewizor to aż nadto, zbieracz kurzu przebrzydły, tfu tfu.
A co do zakupoholizmu, to nie mylmy pojęć. Zakupoholizm to nie radość z posiadania, to radość z kupowania samego w sobie. Zakupoholik wykupi pół sklepu, a w drodze do domu ciśnie zakupy do kontenera PCK i pójdzie kupować dalej, bo te RZECZY go nie interesują.
Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie bywa zakupoholikiem. Moje grzechy to:
po pierwsze primo ksiązki
po drugie primo buty
albo może w odwrotnej kolejności :D)Na szczęście mam sprawny mechanizm pozbywania sie niepotrzebnych gratów z domu, ale martwi mnie to, że często reaguje zakupami na stresy. I wtedy, zgodnie z podaną wyżej definicją, nie tyle istotna jest kupowana rzecz, ile sam fakt kupowania. I to mnie trochę martwi...
To tak w ramach zakupoholizmu, ktora kiecka najfajniejsza/;) http://www.bostonproper.com/thumbnail...
"Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie bywa zakupoholikiem."
Uwagaaa, rzucam!
No błagaaam. To ja dziś byłam alkoholiczką - wypiłam 2 kieliszka wina do obiadu, bo dobre było i lubię. (???) Anorektyczką byłam - stanowczo odmówiłam deseru. (???)
Tak se bywam od czasu, do czasu. A co! ...
najfajniejsza kiecka z tym jednym b. szerokim rękawem :D fajne też te z kwadratowymi dekoltami. za to ceny niefajne!
A co do kiecek, moje faworytki: snoop-neck leather, chevron-sleeve, tipped, animal-lined :)
bardzo lubie miec cos nowego, fajnego, kolorowego, czy ladnie pachnacego... ale "pomaga" mi to, ze bardzo nie lubie wyprzedazy i zatloczonych sklepow: potwornie przeszkadza mi balagan w sklepie, a gdy do tego w sklepie jest duzo ludzi -- natychmiast robie sie wsciekla i gotowa gryzc.
W zwiazku z tym kupuje rzeczy glownie wtedy kiedy je potrzebuje ...no chyba, ze mozna je kupic przez internet ;)
@cissei - hm.. śmiem twierdzi że na te naprawdę dobre i hm dużo jednak droższe od Twoich - jeśli zna się naprawdę dobrą markę - nie trzeba chuchac i dmuchać..nosi się je i po prostu "Działają". i hm jest duża róznica w wygodzie buta dla stopy jak podeszwa pracuje wraz ze stopą i oddycha od butow za 100zl ze nie powiem ze za 20zl, bo tego sobie po prostu nie wyobrazam, zbyt szanuje swoje stopy:)
@ahk - co do sentymentow - wiesz.. ja np. moglam trzymac moj 1szy uswiadomiony stanik Fantasie za wtedy 170zl w uk(obecna cena tego modelu to 250zl) ktory po 2tygodniach byl za maly w szafie z sentymentu.. wolalam jednak oddac go mamie, ktorej pasowal i sie po prostu przydal i wyglada w nim slicznie:) jak cos lubie lubie tym uszczesliwic bliskich zakladajac ze oczywiscie poza tym ze to lubie jest to w bdb lub doskonalym stanie i sie im moze spodobac:)
@cissei - gwoli wyjasnienia, wyjasniam po prostu swoje podejscie i tez kiedys nie widzialam sensu dopoki nie zalozylam takich np.Clarksow na noge i nie ponosilam. roznice da sie odczuc szybko- wyglad ladny, super jakosc super wygoda i super trwalosc:)
@ahk jeszcze dodam jedna rzecz - napisalam o stanie doskonalym bo w czasie remontu szafy okazalo sie ze sa w niej rzecyz ktore kocham mam sentyment a ktore juz dawno dawno po prostu "nie wygladaja" tak sa znoszone i nawet caritasowi "wstyd" byloby oddac:) dlatego po pewnych negocjacjach z sama soba pozwolilam sobie oczyscic z nich szafe i zrobic miejsce na nowe ukochane rzeczy:)
Daslicht dobrze Cię rozumiem obecnie rozglądam się za jakimś kinem domowym. Lepszym od tego co można dostać w pierwszym lepszym MM, Saturnie czy Avansie a jednocześnie coś co by mi w kieszenie dziury nie zrobiło. A po co wiadomo aby mieć na czym słuchać NIN i się delektować muzyką :)
A żeby było bardziej w temacie to napiszę, że posiadam w swojej garderobie rzeczy, które kupiłam pod dyktando impulsu i ani razu nie ubrała ale to kilka sztuk co policzyć na palcach jednej reki można. Staram się nad sobą panować i coraz lepiej mi idzie.
Butów mam (za)mało ale to dlatego, że jestem bardzo wybredna w doborze ubioru a najtrudniej wychodzi mi dopasowane mojego gustu butowego z tym co jest dostępne następnie czy jest w moim rozmiarze (w zależności od firmy od 35 do 37) i czy para nie kosztuje 400zł.
psujka i miss-li: mi sie ta z jednym rekawem tez podoba... Tylko nie mialabym jej za bardzo dokad wlozyc. A ta skorzana ma niestety za malo miejsca na nasze atrybuty - gdyby to mialo jakis dodatek elastanu... hmm mozna by bylo pomyslec, ale te z nas co maja roznice ponad 25cm miedzy ciasno zmierzonym obwodem pod a obwodem w biuscie by sie nie zmiescily..:( Dla nas takie kiecki powinny byc szyte przez Kinge....
@AleksandraLM" kiecki niektóre fajne, ale modelki zbyt idealne 8/ Zawsze mnie to zniechęcało do sklepów: katalog pełen chudych, długonogich dziewczyn, na których i worek na ziemniaki dobrze leży... 8/
Wiem ze te wszystkie zdjecia w katalogach sa wyszopowane na maksa... I mimo wszystko kupowani z takiego katalogu jest zwyczajnie wygodne - bo widzisz przynajmniej mniej wiecej jak to cos lezy... Ja musze przyznac ze za bardzo nie potrafie kupowac ciuchow w zwyklych sklepach - nic nie przyciaga jakos mojej uwagi, te ciuszki na wieszakach czy stolikach jakos zupelnie nie sa dla mnie atrakcyjne... I jak mieszkalam w Stanach to z zamawianiem i odslylaniem np nietrafionego rozmiaru bylo na tyle fajnie ze bylo to za darmo... Placilo sie tylko za zwrot bez wymiany... I widze ze brytyjskie sklepy stanikowe maja podobna polityke, tylko ze tylko na terenie UK:(
Jak to coś leży? A w życiu! Tam są setki dubli i megafotoszop, na zdjęciu wszystko dobrze leży... no dobra, oprócz staników (mowa o katalogach quellopodobnych).
A najbardziej moga się przekonac jak leży dziewczyny XL-ki oglądając ciuchy na fotoszopowanej dziewczynie w rozmiarze 40.
A i jeszcze na fotach nie widać jaki jest materiał, który często okazuje się szmatławy :/
Ja się nacięłam na allegro, chciałam sobie kupić taki gorset nie bieliźniany, na zdjęciu miód i orzeszki, jak przyszedł to się załamałam, materiał taki giętki, ech.. Dobrze, że przysłali zły rozmiar to zwróciłam :)
nathd, a jaki ten gorset? właśnie założyłam temat na balkonetkowym forum, napisz tam parę słów pliz :)
Do autorki bloga
Hej jeśli masz dużo niepotrzebnych rzeczy oddaj je harytatywnie. Ja akurat działam harytatywnie dla bezdomnych zwierząt. Często wydajemy swoje niepotrzebne ciuchy (choć niewiele ich) na internetowe bazarki - a dochód z nich przeznaczamy na ratowanie katowanych psów (utrzymanie jednego spa miesięcznie to ok 600zł). Przyznam że denerwują mnie osoby które sobie kupują pełno niepotrzebnych rzeczy tylko dlatego że "ładna koronka", a my wydajemy ostatnie pieniądze na psią karmę i weta dla bezdomnych psów. Wiem, każdy ma prawo wydawać pieniądze jak chce i na co chce, ale jestem pewna że gdyby połowa stanikomaniaczek z tego portalu zobaczyła choć część tych biednych, nieszczęśliwych stworzeń zapewne zrezygnowałaby z niejednego kolejnego_niepotrzebnego_acz_pięknego_stanika, na rzecz psiej czy kociej bidy... Zresztą jeśli kogoś bardziej za serce chwytają np. bezdomne dzieci, albo kobiety bite przez mężczyzn też mógłby poszukać jakąś fundacje której możnaby wspomóc. Naprawdę serce mnie czasem boli jak widzę ile wydaje się na staniki i ile istnień możnaby za taką sumę uratować :( przepraszam za ten post, wiem że nie mam prawa od nikogo oczekiwać ofiarności, ale takie mysli chodziły mi po głowie od dawna, a ta notka "przelała czarę goryczy".
Tivio, jedno z drugim się nie kłóci.
By działać charytatywnie nie trzeba być od razu ascetą.
Zresztą skąd wiesz, czy udzielające się na Balkonetce osoby nie pomagają bezdomnym zwierzętom/chorym dzieciom/uchodźcom/biednym/bezdomnym/... czy nawet starszej osobie z naprzeciwka?
Mnie na przykład można łatwo odnaleźć na dogomanii (jeśli pomagasz bezdomnym psom powinnaś wiedzieć co to za strona), zresztą mam stamtąd psa. A przy tym cechuje mnie spora słabość do butów, ciuchów i, oczywiście, staników.
Zastanów się czasem co piszesz i w jakim tonie. Nie mam oczywiście nic przeciwko promowaniu działalności charytatywnej, byle w odpowiedniej formie, a na pewno nie jest nią rzucanie oskarżeń, do tego być może całkowicie bez pokrycia.
dalicht: przeciez pisalam ze "mniej wiecej"... I ja jakos trafialam w tej firmie na fajne ciuszki, moze poza 3-4 rzeczami ktore nie mieszcza mojego biustu...
Nariel! ja też słucham NIN! ;)
No i lubię kupować płyty, mieć dobry odtwarzacz i słuchawki. Ogólnie rzeczy trwałe.
A potrzebne na to pieniądze oszczędzam, bo ciuchy kupuję najczęściej w second handach, nawet staniki obecnie mam z ciuchlandu :) Przyznam, że czasem nie myślę zbyt racjonalnie i kupuję rzecz która zaraz mi się przestaje podobać.
Jestem z resztą ograniczona finansowo, bo mam 18 lat i jeszcze nie pracuję.
@boreliozo: tekst "Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie bywa zakupoholikiem." jest wg mnie typowym przykładem tego, że własne cechy przypisujemy często innym, często sądzimy, że inni są raczej tacy jak my.
Może podam przykład: ostatnio na allegro przeglądałam torebki i w opisie jednej było napisane: "uwielbiam torebki jak każda kobieta". Aż chce się dodać: "czy aby na pewno każda?"
@Tivio: Rozumiem Cię, mnie tak kiedyś raziło nie pomaganie dzieciom z domów dziecka. Ale cóż, jest jak jest. Uważam, że ważne jest żeby pamiętać, że rzeczy to tylko rzeczy. Vanitas.
Muszę przyznać, że notka mnie też "poruszyła", bo wynika z niej jakoby jej autorka była największą zakupoholiczką/względnie jedyną zakupoholiką czy też po prostu robiącą najbardziej nierozsądne zakupy osobą spośród wszystkich osób, które tutaj zabierały głos. Także autorko notki, widzę pewne niepokojące objawy...
:-)
Mnie tam raczej zakupoholizm nie grozi, raczej zakupofobia. Szczerze i z całego serca nienawidzę kupować ubrań i butów. Jedne i drugie noszę, aż się rozpadną, porwą, przetrą do chodnika, ale i tak po nowe idę najpóźniej jak się tylko da.
Skąd ta zakupofobia? Ano z połączenia braku kasy z wysokimi wymaganiami dotyczącymi wygody i braku pierdółek. Najbardziej nienawidzę kupować spodni, nigdy nie udało mi się kupić żadnych niecisnących w brzuch i bez żadnych oz-dupek, kryształków i innych tego typu emetyków. Buty - jeszcze gorzej, wszystkie mają za małą tęgość na mnie.
Jeśli już muszę coś kupić, są to rzeczy porządne, mocne i uniwersalne, typu czarna spódnica, brązowe spodnie, czerwona koszula, ciemnozielony płaszcz. Zostają jeszcze staniki, które lubię kupować, chociaż niezbyt często (ach te ceny).
Gdybym miała nieograniczoną ilość pieniędzy, zatrudniłabym krawca i szewca, którzy spełniałby moje ubraniowe i obuwnicze fanaberie, a ja nie musiałabym nigdy więcej w życiu wchodzić do żadnych sklepów z ubraniami ani lumpeksów.
Ubrań mam dużo mniej od męża, chociaż on też nienawidzi kupować ubrań. Ale zbliża się ten dzień, w którym małżonek znowu nieśmiało napomknie, żebym wyrzuciła mój ośmioletni płaszcz (jak to wyrzucić? Gdyby był dzieckiem, chodziłby do drugiej klasy!) i kupiła sobie nowy. Niech mnie ktoś uratuje!
Kupowanie tweedowego plaszcza latem jest dla mnie jak najbardziej sensownym zajeciem. Moj najlepszy plaszcz upolowalam za 1/10 ceny w srodku lata.
Tylko ze kupowalam plaszcz, bo idealnie pasowal do reszty mojej garderoby i mojego stylu, miescil sie w budzecie i nie mialam plaszcza, a nie dlatego ze byl o 90% przeceniony.
I tak samo nie uwazam za sensownej rady, zeby pozbywac sie rzeczy, ktorych nie uzywalo sie przez okreslony czas. Mam w szafie rzeczy, ktore leza sobie pare lat, bo mi akurat nie pasuja, ale wiem, ze ogolnie owszem. I potem nagle maja zlota ere, wyciagam, nosze i zbieram komplementy. Wyciagam, bo akurat dotylam/dochudlam, dokupilam pasujace elementy (np. spodnie z odpowiednio wysokim stanem, nielatwe zajecie), pogoda sie zrobila w koncu pasujaca (nie bede nosic kaloszy podczas suszy).
A 40 par kolczykow uwazam za calkiem sensowna sprawe (przechowuje sie to na naciagnietym na rame plotnie), jesli sie ich faktycznie uzywa. Ja uzywam.
W sumie mysle, ze ochrona przed zakupoholizmem jest przestrzeganie zasady "czy ja tego naprawde bede uzywac". W ten sposob grozi nam tylko popadniecie w konsumpcjonizm. ;)
Wczoraj przeszłam się po SCC w Katowicach. Nic nie było, ale z tymi okazjami to jest sprytny chwyt marketingowy. Nie zrobiłam jeszcze przedjesiennych porządków w szafie i zmiany garderoby, nie wiem czego potrzebuję i co ew. dokupić. Ale jak zobaczyłam wczoraj w Vero Modzie jakąś okazję, to zaczęłam się od razu zastanawiać czy nie kupić. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, że kupuję kolejną rzecz, która nie ma prawa zmieścić się w mojej szafie (tam się już nic nie mieści), a robię to tylko dlatego że jest tzw. okazja.
@ asiabudyn11 - masz rację z tymi torebkami - ja nie lubię torebek, a kobietą chyba jestem ;) Mam jedną czarną, materiałową (A4 się w niej spokojnie mieści) i jedną kremową, skórzaną, nieco mniejszą. Obie mają po kilka lat.
Czasem widzę u kogoś fajną torebkę, ale od razu wiem, że nie miałabym do czego jej nosić, bo mam dość mizerną garderobę.
Do tivio...
Nie doczekałaś się tu odzewu - i słusznie.
Jesteś pewnie młodą osobą, masz dobre intencje.
Ale NIE TAK się to robi. Popełniasz błędy kardynalne - między innymi najzwyczajniej obrażasz tych, od których oczekiwałabyś wsparcie dla Twoich podopiecznych.
Nie miejsce tu na wykłady - polecam stronę fundraising.org.pl, poczytaj.
Kiedyś to robiłam - to fajna, ale ciężka praca.
Kupowanie zimowego płaszcza latem ma jedną wadę - na ogół nie mamy pod ręką odpowiednio zimowego odzienia spodniego, żeby mieć pewność, że płaszcz pomieści np. gruby sweter...
@Tivio: Bardzo doceniam działalność charytatywną i sama często wspomagam różne instytucje zajmujące się pomaganiem, a między innymi schroniska dla zwierząt. Krzywda, która coraz częściej dotyka zwierzęta, jest dla mnie niesamowicie naganna moralnie. Dlatego właśnie sama uratowałam mojego pieska z domu, w którym był przetrzymywany w nieludzkich warunkach. Zgodzę się z Tobą całkowicie, że pieniądze oddane na "zbożne" cele są o niebo bardziej wartościowe niż te, wydane bezmyślnie na ubrania. Jednak, tak jak napisałam w tekście, problem z kupowaniem ubrań/staników bierze się nie z braku czułości dla zwierząt, ale z psychicznych reakcji, często będących poza zasięgiem mojej świadomości.
Mogę się założyć, że czytelniczki Balkonetki są również zaangażowane społecznie, więc jeśli masz ochotę przeprowadzić kampanię charytatywną - proponuję, abyś założyła odpowiedni wątek na forum.
@Tivio: Nie podoba mi się ton twojej wypowiedzi. Masz swoje racje, dobrze, że pomagasz innym, w tym wypadku zwierzętom. Ja sama oddaję swoje "niepotrzebne" rzeczy dzieciom z hospicjum, jednakże twoja wypowiedz uderzyła mnie tak jakbym miała "nie kupować sobie kolejnego stanika, bo piesek nie ma karmy". Wydaje mi się, że balkonetka to nie jest miejsce na takie wypowiedzi.
ja wczoraj popełniłam największe szaleństwo zakupowe od dobrych kilkunastu lat: nowa skórzana kurtka. Poprzednia została kupiona przeze mnie na początku szkoły średniej i mam ją do dzisiaj. Mam nadzieję że ta nowa tez tyle posłuży. Staniki kupuje na allegro, ciuchy w lumpeksach i w sieciówkach- ale tylko na wyprzedażach. Uważam, że za bluzkę z takiego sklepu można dać 20 zł-to cena adekwatna do jakości, ale na pewno nie 100.
Co do butów- to gdybym miała inny rozmiar stopy, możliwy byłby pewnien zakupoholizm, ale że podobających mi się butów w rozmiarze 41 jest jak na lekarstwo- mam problem nadmiernych zakupów z głowy :)Buty kupuje raczej droższe,(do taniochy w tym wypadku nie mam zaufania)i noszę aż zedrę.
Hm, no dobra. Zanim zaczniecie się z obłędem w oczach diagnozować ;)
Objawy kompulsywnych zakupów i wydawania pieniędzy:
* kupowanie lub wydawanie pieniędzy gdy jest się rozczarowanym, złym lub przerażonym
* kupowanie/wydawanie pieniędzy powoduje emocjonalne problemy lub chaos w życiu
* sprzeczki z innymi osobami spowodowane zakupami lub wydawaniem pieniędzy
* poczucie zagubienia gdy nie ma się gotówki lub karty kredytowej
* kupowanie rzeczy na kartę kredytową, których nie kupiłoby się za gotówkę
* wydawanie pieniędzy powoduje jednocześnie przypływ euforii i niepokoju
* wydawanie pieniędzy czy zakupy wydają się być nieodpowiedzialnym i zabronionym czynem
* poczucie winy, zakłopotania, lub zagubienia po dokonaniu zakupu/wydaniu pieniędzy
* wiele ze zrobionych zakupów nigdy nie jest używanych
* kłamstwa na temat ile się wydało lub co kupiło
* nadmierne myślenie o pieniądzach
* poświęcanie dużej ilości czasu na kombinowanie jak zapłacić swoje rachunki.
To tak merytorycznie.
A teraz zamieńcie "Internet" na "zakupy" i można do pewnego stopnia wzorować się na kryteriach Mellibrudy:
Opierając się na kryteriach diagnostycznych uzależnień wg ICD-10 (1997), Woronowicz (2001, s. 193) proponuje, aby siecioholizm - czyli odpowiednik naszego terminu "zespół uzależnienia od Internetu" - rozpoznawać wówczas, kiedy w okresie ostatniego roku stwierdzono obecność co najmniej trzech z następujących objawów:
1. Silną potrzebę lub poczucie przymusu korzystania z Internetu.
2. Subiektywne przekonanie o mniejszej możliwości kontrolowania zachowań związanych z Internetem (tj. osłabienie kontroli nad powstrzymywaniem się od korzystania z Internetu oraz nad długością spędzania czasu w Sieci).
3. Występowanie niepokoju, rozdrażnienia czy gorszego samopoczucia przy próbach przerwania lub ograniczenia korzystania z Internetu oraz ustępowanie tych stanów z chwilą powrotu do Sieci;
4. Spędzanie coraz większej ilości czasu w Internecie celem uzyskania zadowolenia lub dobrego samopoczucia, które poprzednio osiągane było w znacznie krótszym czasie;
5. Postępujące zaniedbywanie alternatywnych źródeł przyjemności lub dotychczasowych zainteresowań na rzecz Internetu.
6. Korzystanie z Internetu pomimo szkodliwych następstw (fizycznych, psychicznych i społecznych) mających związek ze spędzaniem czasu w Internecie.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.